Obszerny opis działań węgierskiego 4 Pułku Artylerii Honwedu w okolicach Góry Puławskiej w dniach 22-26 października, podczas Drugiej Bitwy Dęblińskiej. Nieco szersze spojrzenie niż z punktu widzenia dziennika bojowego jednostki piechoty, tym bardziej oddaje dramatyzm sytuacji, w jakiej znalazły się jednostki węgierskiej 37 Dywizji Piechoty Honwedu, której prawe skrzydło zostało zaatakowane przez przeprawiające się pod Górą Puławską siły dwóch rosyjskich korpusów 9 Armii...
---------------------------------------------------------------------------------
16 października wczesnym popołudniem
nadszedł rozkaz wymarszu. 37. Dywizja miała ruszyć na północ po
natychmiastowym uzupełnieniu. Wyjaśnieniem tego obrotu spraw jest
to, że nasze naczelne dowództwo, widząc narastające trudności
niemieckiej 9. Armii, było zmuszone udzielić jej większego
wsparcia, w związku z czym nawet pozostała część V Korpusu po
stronie Sanu została przesunięta na północ, a wkrótce potem
wysłano za nią X Korpus.
W tym samym czasie w dowództwie
opracowywano nowy plan bitwy, otwierający drogę Rosjanom pod
Iwanogrodem, umożliwiając im przeprawę przez Wisłę, a następnie
nasze dywizje, które były tam gotowe, miały zaatakować
[stłoczonych pod Iwangorodem Rosjan] z obu stron. Wątpliwe było,
czy X Korpus będzie na miejscu na początku tej bitwy, ale wydawało
się prawdopodobne, że pojawi się w trakcie bitwy. Z drugiej
strony, cały nasz I i V Korpus, a także niemiecki Korpus Rezerwowy
Gwardii, były z pewnością gotowe od samego początku.
(...)
21
października siedem dywizji naszej 1. Armii, a także niemiecki
Korpus Rezerwowy Gwardii, dotarły do formacji przypominającej
worek, półkolem na zachód od Iwangorodu, niemal o dzień marszu, w
którą Conrad chciał wciągnąć Rosjan. Następnego dnia z tej
formacji ruszył centralny atak Sprzymierzonych w kierunku
Iwangorodu. Oczywiście bitwa nie potoczyła się dokładnie tak, jak
przewidywał nasz szef sztabu, ponieważ Rosjanie również nie
próżnowali i przez bramę, którą im otworzyliśmy u wejścia do
worka – przerzucili tak wielkie siły na zachodni brzeg Wisły, że
mogli nie tylko stawić czoła naszym korpusom armii i naszym
niemieckim sojusznikom tam z równą, ale i przeważającą siłą.
Po kilku dniach coraz zaciętszej walki, ostateczny cios spadł na
nas, zanim nasz X. Korpus zdążył w ogóle pojawić się na polu
bitwy.
Wróćmy jednak do początku bitwy i prześledźmy
po kolei szczegóły dotyczące naszego pułku. Nie zapominajmy, że
nasza dywizja stanowiła skrajne prawe skrzydło frontu armii na
zachodnim brzegu Wisły.
Pierwszy dzień bitwy, 22
października, był wciąż nieco napięty. 37. Dywizja Armii,
podzielona na trzy grupy, posuwała się bez większych przeszkód w
kierunku północnym, a następnie północno-wschodnim, do wielkiego
zakola Wisły, pośrodku którego leży Nowa Aleksandrya (polska
nazwa Puławy). Piechota, kosztem niewielkich walk, zbliżyła się
do rzeki ze wszystkich stron na odległość 2-3 km.¹
Trzy
baterie naszego pułku nacierały do południa z grupą
centralną pod dowództwem pułkownika Formanka, ale 3. bateria
dołączyła do prawego skrzydła grupy bojowej dowodzonej przez
generała Nagya wczesnym rankiem. Po tym, jak ten ostatni napotkał
wroga pod Janowcem, dowództwo dywizji skierowało tam również 1.
baterię. Jednak generał Nagy wkrótce odepchnął przeciwnika, a
natarcie kontynuowano, nie dając bateriom szansy na odezwanie się.
Major Vigh objął dowództwo nad tymi dwiema bateriami. Na rozkaz
generała Nagya, 3. bateria zajęła pozycję ogniową w wyznaczonym
miejscu noclegowym w pobliżu wsi Trzcianki o godzinie 19:00, a 1.
bateria, która przybyła późno, zajęła pozycję ogniową
natychmiast po przybyciu i obie baterie spędziły tam
noc.
Podpułkownik Beniczek objął dowództwo nad
bateriami 2. i 4., które pozostały w głównej kolumnie. Ta
jednostka również nie brała udziału w walkach i zdołała nawet
przenocować we wsi Pachnowola, choć po południu kolumna centralna
również stoczyła drobne starcie z Rosjanami. Jednak i z tym
poradziła sobie sama piechota.
Pozostałe dwie dywizje V
Korpusu również stoczyły jedynie drobne walki, ale sytuacja w I
Korpusie była nieco poważniejsza. Pierwszy zbliżył się do Wisły
na 6-8 km, drugi na ogół tylko na 14 km, dając Rosjanom mnóstwo
miejsca i możliwości przerzucenia wojsk na zachodni brzeg. Nie
zbliżyliśmy się na odległość mniejszą niż 10 km do mostu
drogowego w Iwangorodzie, ani nie udało nam się definitywnie
pokonać żadnych znaczących sił 22 października.
W
Nowo Aleksandryi walczyły jeszcze tylko wysunięte jednostki wroga.
Jak widzieliśmy, 37. Dywizja Armii z łatwością je odparła, ale z
powodu zbliżającej się nocy nie było już możliwe całkowite
oczyszczenie lewego brzegu i bezpośrednie zablokowanie rzeki.
Dlatego 23 października, gdy dowództwo armii zażądało, aby nasza
dywizja uniemożliwiła Rosjanom przeprawę od Wysokiego Koła w
górę, generał porucznik Wieber chciał najpierw rozprawić się z
wrogiem, który znajdował się po drugiej stronie, utrzymując
węższy przyczółek mostowy w Nowo Aleksandryi. Dlatego rozkazał
swoim grupom atakować centralnie: wysyłając do walki okrężnie
generała Mihalcsicsa od północy, a generała Nagya od południa. W
pierwszym przypadku grupa podpułkownika Beniczka walczyła na
pozycjach w pobliżu Pachnowoli, w drugim grupa majora Vígha pod
Trzciankami.
Atak od samego
początku był trudny. Rosjanie najwyraźniej przyprowadzili w nocy
znaczne posiłki na przyczółek i teraz bronili się zaciekle. Nasze
dwa bataliony skrzydłowe, dowodzone z północy, straciły nawet
kierunek i nie były wystarczająco skuteczne. Na próżno bataliony
generała Mihalcsicsa atakowały z determinacją i pogardą śmierci;
na próżno baterie podpułkownika Beniczka prowadziły ogień ramię
w ramię ze wszystkimi pięcioma bateriami artylerii z Sopronu od
wczesnego rana do późnego popołudnia, dosłownie bez przerwy,
niejednokrotnie dzieląc się na sekcje z powodu mnogości celów; na
próżno opierały się ogniowi lekkiej i ciężkiej artylerii wroga
przez niemal cały dzień: atak poniósł duże straty w
przeważającym ogniu kontratakującym przeważającej liczebnie
obrońców, poczynił niewielkie postępy i wieczorem został
definitywnie zatrzymany. Nadludzkim wysiłkiem baterie Sándora i
Geyera wysłały w stronę wroga 1192 odłamki i granaty, ale nasza
broń nie była w stanie odwrócić losu ani pokonać przytłaczającej
siły wroga.
Kanonier Frommer i strzelec David
przypieczętowali swój heroizm życiem, a strzelec Molnár został
ciężko ranny. Wszyscy trzej pochodzili z 2. Baterii.
To,
co powiedzieliśmy o bitwie grupy północnej, możemy powiedzieć o
bitwie grupy generała Nagya. Chociaż Pál Nagy zyskał nieco więcej
terenu niż jego sąsiad, nie udało mu się jednak wymusić na
przeciwniku decyzji o odwrocie, niezależnie od tego, jak bohatersko
13. i 15. pułk Honwedu rzuciły się na wroga i jak ciężkie były
ich ofiary ludzkie.
Tymczasem baterie majora Vígha
spisały się równie znakomicie, jak dwie pozostałe baterie pułku
dalej na północ. Stojąc pod ostrzałem wrogiej artylerii i
piechoty, skutecznie ostrzeliwały okopaną rosyjską piechotę i
artylerię, a także kolumny maszerujące zauważone po południu na
drugim brzegu. W sumie oddały 1000 strzałów, zadając Rosjanom
straty.
Kolumna artylerii 4/1. dywizjonu przez cały dzień
uzupełniała zapasy amunicji pod ciężkim ostrzałem. Tymczasem
Lipót Gáspár, artylerzysta, zginął od kuli piechoty, a inna
osoba w kolumnie została ranna.
W miarę upływu dnia
na polu bitwy na krótko zapadła cisza. Ponieważ jednak nasza grupa
północna przygotowywała się do nocnego ataku, a następnie go
przeprowadzała, nasze baterie przez większość nocy pozostawały w
pełnej gotowości. Nie interweniowały, ponieważ z jednej strony
nie mogły interweniować w walkach toczących się tu i ówdzie w
nocy, a z drugiej strony pozycje baterii nie były bezpośrednio
zagrożone.
24 października nastał jeszcze bardziej krwawy i tragiczny dzień dla 37. Dywizji Armii niż poprzedni. Zdaniem dowództwa armii, o losach walki pod Iwangorodem, która wszędzie stała się zacięta, miało zadecydować to, czy generał porucznik Wieber na prawym skrzydle zdoła stawić czoła stale rosnącej przewadze, która z pewnością rozpocznie atak 24. października. Generał kawalerii Dankl wysłał naszej dywizji tyle posiłków, ile tylko mogła potrzebować, a generał porucznik Wieber otrzymał rozkaz od generała majora Puhallo, aby rankiem 24. października rozpocząć atak na przyczółek w Nowej Aleksandrii, dysponując jedynie 20 batalionami i 11 bateriami. Aby wesprzeć i zasilić jego atak, kolejne 6 batalionów i dwie baterie pod dowództwem generała Willerdinga musiały zebrać się w Załazach.
Z powodu interwencji Rosjan, nasza dywizja mogła otrzymać jedynie niewielką część zaplanowanych posiłków. Jej atak rozpoczął się jednak wczesnym rankiem. Nieco wcześniej zaatakowała grupa generała Michalczyka, nieco później grupa generała Nagya.
Zarówno grupy podpułkownika Beniczka, jak i majora Vígha dzielnie wspierały naszą piechotę. Dopóki sytuacja nie stała się wystarczająco jasna, baterie musiały rozproszyć się chaotycznie po obszarze zajętym przez wroga, (...)
Rosyjskie linie i karabiny maszynowe zostały zablokowane, a jedna lub druga bateria została ostrzelana z odkrytej baterii. Wieś Klikawa i jej folwark, wieś Kajetanów oraz różne wzniesienia, fragmenty lasów i szczyty były pamiętnymi punktami terenowymi, gdzie nasze baterie znalazły swoje cele zarówno poprzedniego dnia, jak i 24.
Poranny
atak naszej dywizji początkowo przyniósł pewne postępy. Jednak
wróg był silny. Nasi honwedzi przyprowadzili już w nocy jeńców z
dwóch różnych korpusów, których żołnierze szybko powstrzymali
nasze natarcie, a następnie przeprowadzili kontratak. Od kwadransa
do dziesiątej nasze baterie próbowały odeprzeć rosyjskie linie,
które atakowały niemal bez przerwy. Nasi artylerzyści pracowali
gorączkowo, a wyrzutnie zionęły ogniem, aż do wyczerpania
amunicji. Ale to powoli zaczęło słabnąć, a Rosjanie „powtarzali
ataki w wielu gęstych liniach, nie oszczędzając żadnego ludzkiego
życia”.¹) Obrońcy – pułki z Sopronu i Nitry, Trenczyna i
Bratysławy bronili się jak Rosjanie, krwawiąc straszliwie.
Jednakże, gdy ich towarzysze artylerzyści, którzy pomagali im,
dopóki nie zerwali ścięgien, zostali zmuszeni do spowolnienia
tempa ognia, ponieważ ich zapasy amunicji były prawie wyczerpane,
załamali się, a stale rosnący nacisk przytłaczającej przewagi
sił powoli zmusił ich do odwrotu.
Kryzys wybuchł
najpierw w grupie Mihalcsicsa. Kiedy piechota zaczęła się tu
wycofywać, dwie baterie podpułkownika Beniczka, z coraz krótszymi
celownikami, nadal osłaniały piechotę pełną siłą. Ale kiedy
celownik 10. przestał być wystarczająco krótki, one również
otrzymały rozkaz odwrotu. Pierwsza ruszyła 2. bateria, a 4.
kontynuowała walkę samodzielnie. Następnie, gdy bateria Sándor
dotarła już do strumienia, za którym musiała ponownie zająć
pozycję, do odwrotu przystąpiła również 4. bateria.
Aby
dać nam żywy obraz tego, jak przebiegał ten odwrót, przeplatany
powtarzającymi się pozycjami obronnymi, przeczytajmy tutaj fragment
pamiętnika porucznika Oláha, wówczas dowódcy plutonu 2. baterii,
który zapisuje następującą informację:
Tabory
nadjeżdżają galopem. W tym momencie, w kierunku prawego skrzydła,
gdzie stacjonowały 18. i 14. Dywizja, słychać potężny ogień.
Rosjanie dosłownie zieją ogniem artyleryjskim. Cały las zamienił
się w jedną chmurę dymu. Piętnasty Dywizjon został zmiażdżony,
14. Dywizjon nawet nie stoi na nogach. 18. Dywizjon atakuje ponownie,
ale wtedy artyleria okopana przez Rosjan nocą odzywa się 800 kroków
od linii natarcia i pociski fruwają wszędzie… Nie było już
odwodów, które mogłyby powstrzymać lawinę, wszystko się wali.
18. Dywizjon uciekł z zaledwie 800 ludźmi.
Nasz odwrót
również był koszmarny. Pospiesznie zebraliśmy wszystko na
pozycję. Kule piechoty gwizdały przeraźliwie. Koń z drągiem się
przewrócił. Myślałem, że został postrzelony, okazało się, że
właśnie zemdlał. Musieliśmy go szybko złapać, emocje były
ogromne. Pentz ruszył przodem, żeby się tam osiedlić, ja zostałem
tutaj. Uspokajający był widok Sándora, który cicho przyszedł
pieszo z kufrem. Drugi koń tego biedaka również został tu dziś
rano postrzelony.
Za stanowiskiem, przy młynie,
przejeżdżamy przez chwiejny most, który również naprawiłem,
choć i tu panował zator. Kule głośno pluskały w wodzie, a za
nami słychać było już zamieszanie. Uciekliśmy za wodą, na
zmianę galopując i kłusując, w niezłym chaosie. Ogień
artyleryjski był straszliwy, przed nami i obok nas, granaty i
odłamki.
Mój koń nie chce sparować i staje dęba jak
świeca, górując wysoko. Beniczek krzyczy do nas, żebyśmy zajęli
pozycję na skraju pola. Ale gdy tylko tam docieram, widzę
niezliczone eksplozje w tej linii, wysyłam waszą sześciokonną
bryczkę dalej. W końcu w jednym miejscu unieszkodliwiliście
armatę, teraz wszystkie mieszczą się w tej linii. Strzelamy kilka
razy, ale ponieważ nie ma sensu, ruszamy dalej, tym razem krok po
kroku, po kolei. Bóg nas strzegł, żeby w tych strasznych godzinach
nic nam się nie stało. Rosjanin nas nie widział, tylko strzelał z
rozrzutnika, który był nieskuteczny.
Poruszamy się po
polu na tej samej wysokości co 4. bateria i nagle zostajemy
ostrzelani z bliskiej odległości. Kule świszczą między nami.
Ruszamy powolnym truchtem, żeby wydostać się z ognia. Tu też nic
się nie stało! Dziś to był prawdziwy cud.
Szliśmy
dalej przez jakiś czas, a następnie zajęliśmy pozycję przy
głównej drodze, aby wrócić i spędzić tam noc, obok
wiatraka.”
To, czego być może nie widać wyraźnie z
tego dramatycznego opisu, to fakt, że baterie, dzięki swojemu
generalnie spokojnemu zachowaniu, chłodno reagującym, często
zmieniającym pozycje krok po kroku, niezwykle ułatwiały dowództwom
utrzymywanie porządku odwrotu i pomagały swoim towarzyszom piechoty
przetrwać niejedną poważną sytuację, oddzielając się od wroga
jako ostatnie podczas powtarzających się zmian pozycji.
Dwóm
bateriom majora Vigha od samego początku brakowało amunicji.
Potrzeba oszczędności nakazywała zatem bardziej umiarkowane tempo
ostrzału. Rosjanin natomiast rzucił się w wir niszczycielskiej
pracy z całą mocą, z lufami tryskając ogniem jak z procy. Jednak
brygada generała Nagya zdawała się mieć równie wielką przewagę,
co jego północna bratnia brygada; na szczęście powściągliwość
jego dwóch baterii, biorąc wszystko pod uwagę, nie mogła mieć
przesadnego znaczenia. Jak wspomnieliśmy, kryzys nastąpił tutaj
później niż w drugiej połowie dywizji. Przerzedzone jednostki
generała Michalczyka znajdowały się już w pełnym odwrocie, gdy
sytuacja stała się nie do utrzymania również dla generała Nagya
i również tutaj trzeba było wydać rozkaz odwrotu.
Baterie
Klémanna i Táborszky’ego wycofały się jednogłośnie na nową
pozycję wyznaczoną przez dowództwo brygady, w okolicach wsi
Ławeczko. Nasza dywizja ponownie stanęła twarzą w twarz z wrogiem
kilka kilometrów dalej, na linii Łagów-Ławeczko, a baterie
naszego pułku zajęły pozycje bardzo blisko, niemal bezpośrednio
za piechotą – te pod dowództwem podpułkownika Beniczka na północ
od Łagowa, a te pod dowództwem majora Vigha, jak już
wspomnieliśmy, w pobliżu Ławeczka.
Zanim dotarliśmy i
rozlokowaliśmy się na nowych pozycjach, zapadał już zmierzch.
Ponieważ Rosjanie również byli wyczerpani śmiertelną walką, nie
podążyli za wycofującymi się żołnierzami za Zarzecze – a
przynajmniej nie w znaczących siłach. Cicha, spokojna noc czekała
na naszych zmęczonych żołnierzy. Najwyraźniej o tym wiedzieli,
ponieważ nawet większość piechoty była zakwaterowana w domach, a
baterie również broniły swoich dział jedynie w stanie
gotowości.
„Siedzimy przygnębieni w chacie, dyskutując
o dzisiejszym dniu, który był najstraszniejszy, najbardziej
stresujący jak dotąd”. Tak, jak mówi jeden z pamiętników, 24
października był dniem strasznym, ale jednocześnie chwalebnym,
ponieważ nasza bohaterska dywizja i jej znakomita artyleria, ścigana
przez nich, walczyła znakomicie. „Chociaż 23 i 24 października
były pechowe dla naszej broni” – pisze pułkownik Wondre,
dowódca naszej brygady artylerii, w swoim raporcie datowanym kilka
dni później – „cała 37. Brygada Artylerii Polowej miała
pamiętne i chwalebne dni. Zwłaszcza 24 października każda bateria
miała okazję okazać lojalność towarzyszom i baterie uczyniły to
bez wyjątku „czego honor i obowiązek od nich wymagały”.
Dywizja podpułkownika Beniczka straciła tego dnia 1155 pocisków, a
majora Vigha – 600.
Z prawie dwukrotnie silniejszymi
siłami rosyjskimi, alianci stoczyli bardzo ciężką i raczej
beznadziejną bitwę na pozostałych odcinkach pola bitwy pod
Iwangorodem; do tego stopnia, że generał kawalerii Dankl
rozważał już przerwanie bitwy. Jednak dowództwo korpusu oceniło
sytuację bardziej optymistycznie i generał Dankl zdecydował się
kontynuować walkę.
25 października
nastał spokojny i słoneczny poranek dla naszej dywizji. Była
niedziela i dusze ogarnął nabożny nastrój. Ale nie trwał on
długo. Na wschodzie pojawiły się rosyjskie linie wojsk i diabelska
muzyka znów rozbrzmiała. Rosyjska piechota nacierała tak
gwałtownie, cele pojawiały się tak często i w tak różnych
miejscach, jak zanotowano w dzienniku 3. baterii, że musieliśmy nie
tylko ostrzeliwać różne cele sekcjami, ale także z dział. Ale
przynajmniej naszym bateriom udało się powstrzymać natarcie wroga.
Rosjanie zatrzymali się przed pozycjami naszej dywizji i
okopali.
Ich artyleria jednak zaczęła działać, a
zwłaszcza gdy zauważyła ruch spowodowany rozpoczęciem
uzupełniania naszej dywizji, zasypała nasze pozycje straszliwym
gradem stali. Kiedy w dowództwie otrzymali raport od generała
porucznika Wiebera, który dowodził 37 Dywizją, że jego piechota
poniosła w ciągu ostatnich dwóch dni 50-70% strat, a także
straciła większość oficerów, postanowili wycofać dywizję z
walki i dać jej odpocząć przez kilka dni. Jednak zacięty ogień
Rosjan na razie uniemożliwił jej wycofanie. A kiedy spróbowali
ponownie, Rosjanie ruszyli do ataku.
Nasze baterie
wystrzeliły już wcześniej niemal całą amunicję. Na przykład,
3. bateria miała tylko dwa naboje na każde działo. Dlatego nasz
pułk nie mógł wziąć udziału w tej wieczornej bitwie. Choć
ciemność również mogła poważnie ograniczyć jego zdolność do
działania. Oczywiście, ogień zaporowy nie był jeszcze wówczas
znany, a strzelanie w ciemności, zwłaszcza w razie potrzeby
amunicji, musiało być postrzegane jako marnotrawstwo, ale i
niebezpieczeństwo. Wstrzymanie się od ostrzału jest zatem
zrozumiałe.
Łatwo sobie jednak wyobrazić, jak straszne musiało być znoszenie ataku z założonymi rękami. Tibor Neumann w bardzo żywych barwach odmalowuje przytłaczające poczucie bezradności, które wystawiało na próbę nerwy naszych artylerzystów podczas tej wieczornej bitwy, dlatego też możemy śmiało przytoczyć kilka szczegółów z jego opisu dosłownie:
„Podczas gdy walki piechoty stawały się coraz bardziej zacięte wraz z zapadaniem zmroku, aktywność artyleryjska ustawała z powodu ciemności. Przewagę wroga najlepiej można było ocenić po tym, że otrzymywaliśmy teraz ogień piechoty nie tylko z przodu, ale także z prawej i lewej strony. Front był już więc naciskany z obu stron. Nastąpiły krytyczne momenty. Wydawało się, że Rosjanie przygotowują się teraz do decydującego ataku.
Około godziny 13:00, przed 13. batalionem, w pobliżu wsi Łagów, nagle rozległ się okrzyk „hurra!”, wieś stanęła w płomieniach, rozległa się potężna strzelanina, wrzawa bojowa, w którą wmieszał się odgłos alarmu wśród naszych ludzi i sygnał trąbki do ataku. Powstał straszliwy, nerwowy hałas i ryk.
Uważnie obserwowaliśmy wynik ataku. Wiedzieliśmy, że jeśli wróg przebije się przez front, my również zginiemy, a w najlepszym razie dostaniemy się do niewoli. Natarcie wroga spotkało się z 3. batalionem 13. pułku piechoty Honwedów. Rozpaczliwa wymiana na bagnety trwała około godziny. 13. pułk utrzymał pozycję. Jednak ich front miał się załamać, gdy do walki rzucił się 76. Połączony Pułk Piechoty Sopron z 14. Dywizji Piechoty. Hałas bojowy stał się jeszcze głośniejszy. Trębacz 76. pułku zatrąbił na „natarcie”, a róg Honwedów na szarżę. Wszystko to miało upiorny i niepokojący efekt w nocy rozświetlonej pożarem wioski. Staliśmy bezradnie przy naszych armatach, drżąc i obserwując przebieg bitwy, ale z powodu ciemności nie mogliśmy interweniować.
Na szczęście sama piechota opanowała sytuację i wraz z ucichnięciem walk nastąpił pewien spokój. Jednak nie trwał on długo. O wpół do drugiej po północy, czyli 26. dnia, gdy cztery pułki strzelców naszej dywizji zostały już zastąpione przez części 14. dywizji, Rosjanie rozpoczęli nowy atak. Teraz nasza 2. i być może 4. bateria, być może po uzupełnieniu zużytej amunicji, postanowiły rozproszyć teren ataku dość chaotycznie. Walki ustały na godzinę, po czym znów zrobiło się cicho. Piechota ukryła się z powrotem w okopach.
Ale spokój znów nie trwał długo. Przed świtem taniec rozpoczął się ponownie i tym razem rozległy się trzaski karabinów, a armaty grzmiały przez prawie godzinę. Wiemy na pewno, że 2. bateria brała udział w tej bitwie, prowadząc 50-minutowy ogień rozproszony. Tym razem jednak ataku nie udało się odeprzeć. Rosjanie odnieśli zwycięstwo, a dwa pułki generała Michalcsicsa, a raczej ich resztki, a wkrótce potem 14. dywizja, która dołączyła do nich z prawej strony, zostały zmuszone do ustąpienia.
Nasze baterie wycofywały się na zachód razem z piechotą. 73. i 74. Brygada Piechoty Armii, szybko wyrwane z bezruchu, zajęły pozycje obronne na linii Zamość-Babin-Siekierka, a wycofujące się oddziały również tam się skierowały.
Tymczasem grupa podpułkownika Beniczka czterokrotnie zajmowała pozycje, toczyła walkę z ścigającymi ją Rosjanami, a następnie po półtorej, potem dwóch, a w końcu dwóch i pół godzinach wytrwałości ponownie stanęła w miejscu. Ostatnią pozycję zajęła mniej więcej w połowie drogi między Załazami a Zwoleniem, niedaleko głównej drogi prowadzącej na zachód, o godzinie 15:00. Tam otrzymała rozkaz od dowództwa dywizji, nakazujący jej nocleg za południowym skrzydłem, we wsi Bronisławów.
Wczesnym popołudniem większość dywizji miała znaleźć się w tym rejonie i spędzić noc na odpoczynku. Później jednak nic z tego nie wyszło, ponieważ Rosjanie odepchnęli 11. Dywizję Kawalerii, która przybyła na pole bitwy dzień wcześniej znad Sanu, pod Tyśmienicą, w związku z czym konieczne było wysłanie tam i w rejon Baryczy posiłków. Wymagało to odpoczywania niemal wszystkich jednostek. Podpułkownik Beniczek pozostawił jednak swoją grupę w obozie nocnym przydzielonym przez dowództwo dywizji. Pokonując wszelkie możliwe dobre i gorsze drogi, przeważnie w ciemnościach po zmierzchu, dywizja dotarła tu o godzinie 21:00 i po tylu trudach oficerowie, podoficerowie i szeregowi wrócili wyczerpani na odpoczynek.
Ogień poprzedniego wieczoru, tuż przed odparciem Rosjan, stworzył niezwykle niebezpieczną sytuację dla naszych 1. i 3. baterii, którym niemal całkowicie zabrakło amunicji. Karabiny grzechotały już nie tylko po obu stronach stanowisk ogniowych, ale także za nimi, a major Vigh zdał sobie sprawę, że on i cały jego pluton mogą zostać schwytani, jeśli pozostanie na miejscu bez celu i sensu. Dlatego jego baterie zostały przekazane dowództwu 73. Brygady Piechoty Armii.
Za którego zgodą Vigh poprowadził ich jeszcze kilka kilometrów dalej (prawdopodobnie na wschodni kraniec wsi Mszadła) i tam spędził noc, pozostając z nimi w pogotowiu.
Nasza piechota na ich czele została odepchnięta przez poranny atak Rosjan, gdy Víghowie zmierzali do odzyskania dawnych pozycji. Drobnym szczegółem było to, że nie wpadli w ręce Rosjan. Po tym, jak szczęśliwie uniknęli tego niebezpieczeństwa i prawdopodobnie na krótko napotkali ścigającego ich wroga niedaleko Mszadły, wycofali się do wsi Babin, zgodnie z otrzymanym w międzyczasie rozkazem, i zajęli tam pozycję około godziny 10 rano. Rosjanom udało się jednak wkrótce powstrzymać pościg w tym kierunku, ponieważ grupa majora Vígha nie była w stanie użyć swoich dział przed zmierzchem. O godzinie 18:00, zgodnie ze wspomnianym już przegrupowaniem naszej dywizji, dywizja ta również wymaszerowała do Baryczy, wraz z piechotą stojącą w Babinie, i spędziła tam noc we wsi.
26 października nawet najwspanialsze bohaterstwo nie mogło się równać z przytłaczającą siłą wroga. Podobnie jak w naszej dywizji, tak i w pozostałej części 1. Armii, kryzys osiągnął apogeum, a nasze wojska zostały zmuszone do ustąpienia na całej linii frontu.
Generał kawalerii Dankl nie chciał bez powodu poświęcać swojej armii, więc w południe 26. dnia wydał rozkaz odwrotu następnego dnia. Tym samym zakończyła się bitwa pod Iwanogrodem i rozpoczął się taktyczny odwrót. Na razie na linię ujścia Sanu do Kielc i Opatowa. Tam, dołączając do lewego skrzydła armii galicyjskiej, miał stawić trwały opór.
(...)
Bibliografia:
Białoskurski Ödön: A m. kir. 37. honvéd tüzérdandár története 1914-1918 I. köt. A m. kir. 4. honvéd tábori ágyúsezred története (Budapest, 1939)



























