piątek, 20 lutego 2026

Z węgierskich archiwów, cz. 2 - Działania 4 Pułku Artylerii Honwedu pod Górą Puławską pod koniec października 1914 r.

 Obszerny opis działań węgierskiego 4 Pułku Artylerii Honwedu w okolicach Góry Puławskiej w dniach 22-26 października, podczas Drugiej Bitwy Dęblińskiej. Nieco szersze spojrzenie niż z punktu widzenia dziennika bojowego jednostki piechoty, tym bardziej oddaje dramatyzm sytuacji, w jakiej znalazły się jednostki węgierskiej 37 Dywizji Piechoty Honwedu, której prawe skrzydło zostało zaatakowane przez przeprawiające się pod Górą Puławską siły dwóch rosyjskich korpusów 9 Armii...

 


---------------------------------------------------------------------------------

16 października wczesnym popołudniem nadszedł rozkaz wymarszu. 37. Dywizja miała ruszyć na północ po natychmiastowym uzupełnieniu. Wyjaśnieniem tego obrotu spraw jest to, że nasze naczelne dowództwo, widząc narastające trudności niemieckiej 9. Armii, było zmuszone udzielić jej większego wsparcia, w związku z czym nawet pozostała część V Korpusu po stronie Sanu została przesunięta na północ, a wkrótce potem wysłano za nią X Korpus.

W tym samym czasie w dowództwie opracowywano nowy plan bitwy, otwierający drogę Rosjanom pod Iwanogrodem, umożliwiając im przeprawę przez Wisłę, a następnie nasze dywizje, które były tam gotowe, miały zaatakować [stłoczonych pod Iwangorodem Rosjan] z obu stron. Wątpliwe było, czy X Korpus będzie na miejscu na początku tej bitwy, ale wydawało się prawdopodobne, że pojawi się w trakcie bitwy. Z drugiej strony, cały nasz I i V Korpus, a także niemiecki Korpus Rezerwowy Gwardii, były z pewnością gotowe od samego początku.

(...)

21 października siedem dywizji naszej 1. Armii, a także niemiecki Korpus Rezerwowy Gwardii, dotarły do ​​formacji przypominającej worek, półkolem na zachód od Iwangorodu, niemal o dzień marszu, w którą Conrad chciał wciągnąć Rosjan. Następnego dnia z tej formacji ruszył centralny atak Sprzymierzonych w kierunku Iwangorodu. Oczywiście bitwa nie potoczyła się dokładnie tak, jak przewidywał nasz szef sztabu, ponieważ Rosjanie również nie próżnowali i przez bramę, którą im otworzyliśmy u wejścia do worka – przerzucili tak wielkie siły na zachodni brzeg Wisły, że mogli nie tylko stawić czoła naszym korpusom armii i naszym niemieckim sojusznikom tam z równą, ale i przeważającą siłą. Po kilku dniach coraz zaciętszej walki, ostateczny cios spadł na nas, zanim nasz X. Korpus zdążył w ogóle pojawić się na polu bitwy.

Wróćmy jednak do początku bitwy i prześledźmy po kolei szczegóły dotyczące naszego pułku. Nie zapominajmy, że nasza dywizja stanowiła skrajne prawe skrzydło frontu armii na zachodnim brzegu Wisły.

Pierwszy dzień bitwy, 22 października, był wciąż nieco napięty. 37. Dywizja Armii, podzielona na trzy grupy, posuwała się bez większych przeszkód w kierunku północnym, a następnie północno-wschodnim, do wielkiego zakola Wisły, pośrodku którego leży Nowa Aleksandrya (polska nazwa Puławy). Piechota, kosztem niewielkich walk, zbliżyła się do rzeki ze wszystkich stron na odległość 2-3 km.¹


Trzy baterie naszego pułku nacierały do ​​południa z grupą centralną pod dowództwem pułkownika Formanka, ale 3. bateria dołączyła do prawego skrzydła grupy bojowej dowodzonej przez generała Nagya wczesnym rankiem. Po tym, jak ten ostatni napotkał wroga pod Janowcem, dowództwo dywizji skierowało tam również 1. baterię. Jednak generał Nagy wkrótce odepchnął przeciwnika, a natarcie kontynuowano, nie dając bateriom szansy na odezwanie się. Major Vigh objął dowództwo nad tymi dwiema bateriami. Na rozkaz generała Nagya, 3. bateria zajęła pozycję ogniową w wyznaczonym miejscu noclegowym w pobliżu wsi Trzcianki o godzinie 19:00, a 1. bateria, która przybyła późno, zajęła pozycję ogniową natychmiast po przybyciu i obie baterie spędziły tam noc.

Podpułkownik Beniczek objął dowództwo nad bateriami 2. i 4., które pozostały w głównej kolumnie. Ta jednostka również nie brała udziału w walkach i zdołała nawet przenocować we wsi Pachnowola, choć po południu kolumna centralna również stoczyła drobne starcie z Rosjanami. Jednak i z tym poradziła sobie sama piechota.

Pozostałe dwie dywizje V Korpusu również stoczyły jedynie drobne walki, ale sytuacja w I Korpusie była nieco poważniejsza. Pierwszy zbliżył się do Wisły na 6-8 km, drugi na ogół tylko na 14 km, dając Rosjanom mnóstwo miejsca i możliwości przerzucenia wojsk na zachodni brzeg. Nie zbliżyliśmy się na odległość mniejszą niż 10 km do mostu drogowego w Iwangorodzie, ani nie udało nam się definitywnie pokonać żadnych znaczących sił 22 października.

W Nowo Aleksandryi walczyły jeszcze tylko wysunięte jednostki wroga. Jak widzieliśmy, 37. Dywizja Armii z łatwością je odparła, ale z powodu zbliżającej się nocy nie było już możliwe całkowite oczyszczenie lewego brzegu i bezpośrednie zablokowanie rzeki. Dlatego 23 października, gdy dowództwo armii zażądało, aby nasza dywizja uniemożliwiła Rosjanom przeprawę od Wysokiego Koła w górę, generał porucznik Wieber chciał najpierw rozprawić się z wrogiem, który znajdował się po drugiej stronie, utrzymując węższy przyczółek mostowy w Nowo Aleksandryi. Dlatego rozkazał swoim grupom atakować centralnie: wysyłając do walki okrężnie generała Mihalcsicsa od północy, a generała Nagya od południa. W pierwszym przypadku grupa podpułkownika Beniczka walczyła na pozycjach w pobliżu Pachnowoli, w drugim grupa majora Vígha pod Trzciankami.

 


 

Atak od samego początku był trudny. Rosjanie najwyraźniej przyprowadzili w nocy znaczne posiłki na przyczółek i teraz bronili się zaciekle. Nasze dwa bataliony skrzydłowe, dowodzone z północy, straciły nawet kierunek i nie były wystarczająco skuteczne. Na próżno bataliony generała Mihalcsicsa atakowały z determinacją i pogardą śmierci; na próżno baterie podpułkownika Beniczka prowadziły ogień ramię w ramię ze wszystkimi pięcioma bateriami artylerii z Sopronu od wczesnego rana do późnego popołudnia, dosłownie bez przerwy, niejednokrotnie dzieląc się na sekcje z powodu mnogości celów; na próżno opierały się ogniowi lekkiej i ciężkiej artylerii wroga przez niemal cały dzień: atak poniósł duże straty w przeważającym ogniu kontratakującym przeważającej liczebnie obrońców, poczynił niewielkie postępy i wieczorem został definitywnie zatrzymany. Nadludzkim wysiłkiem baterie Sándora i Geyera wysłały w stronę wroga 1192 odłamki i granaty, ale nasza broń nie była w stanie odwrócić losu ani pokonać przytłaczającej siły wroga.
 

Kanonier Frommer i strzelec David przypieczętowali swój heroizm życiem, a strzelec Molnár został ciężko ranny. Wszyscy trzej pochodzili z 2. Baterii.

To, co powiedzieliśmy o bitwie grupy północnej, możemy powiedzieć o bitwie grupy generała Nagya. Chociaż Pál Nagy zyskał nieco więcej terenu niż jego sąsiad, nie udało mu się jednak wymusić na przeciwniku decyzji o odwrocie, niezależnie od tego, jak bohatersko 13. i 15. pułk Honwedu rzuciły się na wroga i jak ciężkie były ich ofiary ludzkie.

Tymczasem baterie majora Vígha spisały się równie znakomicie, jak dwie pozostałe baterie pułku dalej na północ. Stojąc pod ostrzałem wrogiej artylerii i piechoty, skutecznie ostrzeliwały okopaną rosyjską piechotę i artylerię, a także kolumny maszerujące zauważone po południu na drugim brzegu. W sumie oddały 1000 strzałów, zadając Rosjanom straty.

Kolumna artylerii 4/1. dywizjonu przez cały dzień uzupełniała zapasy amunicji pod ciężkim ostrzałem. Tymczasem Lipót Gáspár, artylerzysta, zginął od kuli piechoty, a inna osoba w kolumnie została ranna.

W miarę upływu dnia na polu bitwy na krótko zapadła cisza. Ponieważ jednak nasza grupa północna przygotowywała się do nocnego ataku, a następnie go przeprowadzała, nasze baterie przez większość nocy pozostawały w pełnej gotowości. Nie interweniowały, ponieważ z jednej strony nie mogły interweniować w walkach toczących się tu i ówdzie w nocy, a z drugiej strony pozycje baterii nie były bezpośrednio zagrożone.



24 października nastał jeszcze bardziej krwawy i tragiczny dzień dla 37. Dywizji Armii niż poprzedni. Zdaniem dowództwa armii, o losach walki pod Iwangorodem, która wszędzie stała się zacięta, miało zadecydować to, czy generał porucznik Wieber na prawym skrzydle zdoła stawić czoła stale rosnącej przewadze, która z pewnością rozpocznie atak 24. października. Generał kawalerii Dankl wysłał naszej dywizji tyle posiłków, ile tylko mogła potrzebować, a generał porucznik Wieber otrzymał rozkaz od generała majora Puhallo, aby rankiem 24. października rozpocząć atak na przyczółek w Nowej Aleksandrii, dysponując jedynie 20 batalionami i 11 bateriami. Aby wesprzeć i zasilić jego atak, kolejne 6 batalionów i dwie baterie pod dowództwem generała Willerdinga musiały zebrać się w Załazach.

Z powodu interwencji Rosjan, nasza dywizja mogła otrzymać jedynie niewielką część zaplanowanych posiłków. Jej atak rozpoczął się jednak wczesnym rankiem. Nieco wcześniej zaatakowała grupa generała Michalczyka, nieco później grupa generała Nagya.

Zarówno grupy podpułkownika Beniczka, jak i majora Vígha dzielnie wspierały naszą piechotę. Dopóki sytuacja nie stała się wystarczająco jasna, baterie musiały rozproszyć się chaotycznie po obszarze zajętym przez wroga, (...)

Rosyjskie linie i karabiny maszynowe zostały zablokowane, a jedna lub druga bateria została ostrzelana z odkrytej baterii. Wieś Klikawa i jej folwark, wieś Kajetanów oraz różne wzniesienia, fragmenty lasów i szczyty były pamiętnymi punktami terenowymi, gdzie nasze baterie znalazły swoje cele zarówno poprzedniego dnia, jak i 24.


Poranny atak naszej dywizji początkowo przyniósł pewne postępy. Jednak wróg był silny. Nasi honwedzi przyprowadzili już w nocy jeńców z dwóch różnych korpusów, których żołnierze szybko powstrzymali nasze natarcie, a następnie przeprowadzili kontratak. Od kwadransa do dziesiątej nasze baterie próbowały odeprzeć rosyjskie linie, które atakowały niemal bez przerwy. Nasi artylerzyści pracowali gorączkowo, a wyrzutnie zionęły ogniem, aż do wyczerpania amunicji. Ale to powoli zaczęło słabnąć, a Rosjanie „powtarzali ataki w wielu gęstych liniach, nie oszczędzając żadnego ludzkiego życia”.¹) Obrońcy – pułki z Sopronu i Nitry, Trenczyna i Bratysławy bronili się jak Rosjanie, krwawiąc straszliwie. Jednakże, gdy ich towarzysze artylerzyści, którzy pomagali im, dopóki nie zerwali ścięgien, zostali zmuszeni do spowolnienia tempa ognia, ponieważ ich zapasy amunicji były prawie wyczerpane, załamali się, a stale rosnący nacisk przytłaczającej przewagi sił powoli zmusił ich do odwrotu.

Kryzys wybuchł najpierw w grupie Mihalcsicsa. Kiedy piechota zaczęła się tu wycofywać, dwie baterie podpułkownika Beniczka, z coraz krótszymi celownikami, nadal osłaniały piechotę pełną siłą. Ale kiedy celownik 10. przestał być wystarczająco krótki, one również otrzymały rozkaz odwrotu. Pierwsza ruszyła 2. bateria, a 4. kontynuowała walkę samodzielnie. Następnie, gdy bateria Sándor dotarła już do strumienia, za którym musiała ponownie zająć pozycję, do odwrotu przystąpiła również 4. bateria.

Aby dać nam żywy obraz tego, jak przebiegał ten odwrót, przeplatany powtarzającymi się pozycjami obronnymi, przeczytajmy tutaj fragment pamiętnika porucznika Oláha, wówczas dowódcy plutonu 2. baterii, który zapisuje następującą informację:

Tabory nadjeżdżają galopem. W tym momencie, w kierunku prawego skrzydła, gdzie stacjonowały 18. i 14. Dywizja, słychać potężny ogień. Rosjanie dosłownie zieją ogniem artyleryjskim. Cały las zamienił się w jedną chmurę dymu. Piętnasty Dywizjon został zmiażdżony, 14. Dywizjon nawet nie stoi na nogach. 18. Dywizjon atakuje ponownie, ale wtedy artyleria okopana przez Rosjan nocą odzywa się 800 kroków od linii natarcia i pociski fruwają wszędzie… Nie było już odwodów, które mogłyby powstrzymać lawinę, wszystko się wali. 18. Dywizjon uciekł z zaledwie 800 ludźmi.

Nasz odwrót również był koszmarny. Pospiesznie zebraliśmy wszystko na pozycję. Kule piechoty gwizdały przeraźliwie. Koń z drągiem się przewrócił. Myślałem, że został postrzelony, okazało się, że właśnie zemdlał. Musieliśmy go szybko złapać, emocje były ogromne. Pentz ruszył przodem, żeby się tam osiedlić, ja zostałem tutaj. Uspokajający był widok Sándora, który cicho przyszedł pieszo z kufrem. Drugi koń tego biedaka również został tu dziś rano postrzelony.

Za stanowiskiem, przy młynie, przejeżdżamy przez chwiejny most, który również naprawiłem, choć i tu panował zator. Kule głośno pluskały w wodzie, a za nami słychać było już zamieszanie. Uciekliśmy za wodą, na zmianę galopując i kłusując, w niezłym chaosie. Ogień artyleryjski był straszliwy, przed nami i obok nas, granaty i odłamki.

Mój koń nie chce sparować i staje dęba jak świeca, górując wysoko. Beniczek krzyczy do nas, żebyśmy zajęli pozycję na skraju pola. Ale gdy tylko tam docieram, widzę niezliczone eksplozje w tej linii, wysyłam waszą sześciokonną bryczkę dalej. W końcu w jednym miejscu unieszkodliwiliście armatę, teraz wszystkie mieszczą się w tej linii. Strzelamy kilka razy, ale ponieważ nie ma sensu, ruszamy dalej, tym razem krok po kroku, po kolei. Bóg nas strzegł, żeby w tych strasznych godzinach nic nam się nie stało. Rosjanin nas nie widział, tylko strzelał z rozrzutnika, który był nieskuteczny.

Poruszamy się po polu na tej samej wysokości co 4. bateria i nagle zostajemy ostrzelani z bliskiej odległości. Kule świszczą między nami. Ruszamy powolnym truchtem, żeby wydostać się z ognia. Tu też nic się nie stało! Dziś to był prawdziwy cud.

Szliśmy dalej przez jakiś czas, a następnie zajęliśmy pozycję przy głównej drodze, aby wrócić i spędzić tam noc, obok wiatraka.”

To, czego być może nie widać wyraźnie z tego dramatycznego opisu, to fakt, że baterie, dzięki swojemu generalnie spokojnemu zachowaniu, chłodno reagującym, często zmieniającym pozycje krok po kroku, niezwykle ułatwiały dowództwom utrzymywanie porządku odwrotu i pomagały swoim towarzyszom piechoty przetrwać niejedną poważną sytuację, oddzielając się od wroga jako ostatnie podczas powtarzających się zmian pozycji.

Dwóm bateriom majora Vigha od samego początku brakowało amunicji. Potrzeba oszczędności nakazywała zatem bardziej umiarkowane tempo ostrzału. Rosjanin natomiast rzucił się w wir niszczycielskiej pracy z całą mocą, z lufami tryskając ogniem jak z procy. Jednak brygada generała Nagya zdawała się mieć równie wielką przewagę, co jego północna bratnia brygada; na szczęście powściągliwość jego dwóch baterii, biorąc wszystko pod uwagę, nie mogła mieć przesadnego znaczenia. Jak wspomnieliśmy, kryzys nastąpił tutaj później niż w drugiej połowie dywizji. Przerzedzone jednostki generała Michalczyka znajdowały się już w pełnym odwrocie, gdy sytuacja stała się nie do utrzymania również dla generała Nagya i również tutaj trzeba było wydać rozkaz odwrotu.

Baterie Klémanna i Táborszky’ego wycofały się jednogłośnie na nową pozycję wyznaczoną przez dowództwo brygady, w okolicach wsi Ławeczko. Nasza dywizja ponownie stanęła twarzą w twarz z wrogiem kilka kilometrów dalej, na linii Łagów-Ławeczko, a baterie naszego pułku zajęły pozycje bardzo blisko, niemal bezpośrednio za piechotą – te pod dowództwem podpułkownika Beniczka na północ od Łagowa, a te pod dowództwem majora Vigha, jak już wspomnieliśmy, w pobliżu Ławeczka.

Zanim dotarliśmy i rozlokowaliśmy się na nowych pozycjach, zapadał już zmierzch. Ponieważ Rosjanie również byli wyczerpani śmiertelną walką, nie podążyli za wycofującymi się żołnierzami za Zarzecze – a przynajmniej nie w znaczących siłach. Cicha, spokojna noc czekała na naszych zmęczonych żołnierzy. Najwyraźniej o tym wiedzieli, ponieważ nawet większość piechoty była zakwaterowana w domach, a baterie również broniły swoich dział jedynie w stanie gotowości.

„Siedzimy przygnębieni w chacie, dyskutując o dzisiejszym dniu, który był najstraszniejszy, najbardziej stresujący jak dotąd”. Tak, jak mówi jeden z pamiętników, 24 października był dniem strasznym, ale jednocześnie chwalebnym, ponieważ nasza bohaterska dywizja i jej znakomita artyleria, ścigana przez nich, walczyła znakomicie. „Chociaż 23 i 24 października były pechowe dla naszej broni” – pisze pułkownik Wondre, dowódca naszej brygady artylerii, w swoim raporcie datowanym kilka dni później – „cała 37. Brygada Artylerii Polowej miała pamiętne i chwalebne dni. Zwłaszcza 24 października każda bateria miała okazję okazać lojalność towarzyszom i baterie uczyniły to bez wyjątku „czego honor i obowiązek od nich wymagały”. Dywizja podpułkownika Beniczka straciła tego dnia 1155 pocisków, a majora Vigha – 600.

Z prawie dwukrotnie silniejszymi siłami rosyjskimi, alianci stoczyli bardzo ciężką i raczej beznadziejną bitwę na pozostałych odcinkach pola bitwy pod Iwangorodem; do tego stopnia, że ​​generał kawalerii Dankl rozważał już przerwanie bitwy. Jednak dowództwo korpusu oceniło sytuację bardziej optymistycznie i generał Dankl zdecydował się kontynuować walkę.

25 października nastał spokojny i słoneczny poranek dla naszej dywizji. Była niedziela i dusze ogarnął nabożny nastrój. Ale nie trwał on długo. Na wschodzie pojawiły się rosyjskie linie wojsk i diabelska muzyka znów rozbrzmiała. Rosyjska piechota nacierała tak gwałtownie, cele pojawiały się tak często i w tak różnych miejscach, jak zanotowano w dzienniku 3. baterii, że musieliśmy nie tylko ostrzeliwać różne cele sekcjami, ale także z dział. Ale przynajmniej naszym bateriom udało się powstrzymać natarcie wroga. Rosjanie zatrzymali się przed pozycjami naszej dywizji i okopali.

Ich artyleria jednak zaczęła działać, a zwłaszcza gdy zauważyła ruch spowodowany rozpoczęciem uzupełniania naszej dywizji, zasypała nasze pozycje straszliwym gradem stali. Kiedy w dowództwie otrzymali raport od generała porucznika Wiebera, który dowodził 37 Dywizją, że jego piechota poniosła w ciągu ostatnich dwóch dni 50-70% strat, a także straciła większość oficerów, postanowili wycofać dywizję z walki i dać jej odpocząć przez kilka dni. Jednak zacięty ogień Rosjan na razie uniemożliwił jej wycofanie. A kiedy spróbowali ponownie, Rosjanie ruszyli do ​​ataku.

Nasze baterie wystrzeliły już wcześniej niemal całą amunicję. Na przykład, 3. bateria miała tylko dwa naboje na każde działo. Dlatego nasz pułk nie mógł wziąć udziału w tej wieczornej bitwie. Choć ciemność również mogła poważnie ograniczyć jego zdolność do działania. Oczywiście, ogień zaporowy nie był jeszcze wówczas znany, a strzelanie w ciemności, zwłaszcza w razie potrzeby amunicji, musiało być postrzegane jako marnotrawstwo, ale i niebezpieczeństwo. Wstrzymanie się od ostrzału jest zatem zrozumiałe.




Łatwo sobie jednak wyobrazić, jak straszne musiało być znoszenie ataku z założonymi rękami. Tibor Neumann w bardzo żywych barwach odmalowuje przytłaczające poczucie bezradności, które wystawiało na próbę nerwy naszych artylerzystów podczas tej wieczornej bitwy, dlatego też możemy śmiało przytoczyć kilka szczegółów z jego opisu dosłownie:

„Podczas gdy walki piechoty stawały się coraz bardziej zacięte wraz z zapadaniem zmroku, aktywność artyleryjska ustawała z powodu ciemności. Przewagę wroga najlepiej można było ocenić po tym, że otrzymywaliśmy teraz ogień piechoty nie tylko z przodu, ale także z prawej i lewej strony. Front był już więc naciskany z obu stron. Nastąpiły krytyczne momenty. Wydawało się, że Rosjanie przygotowują się teraz do decydującego ataku.

Około godziny 13:00, przed 13. batalionem, w pobliżu wsi Łagów, nagle rozległ się okrzyk „hurra!”, wieś stanęła w płomieniach, rozległa się potężna strzelanina, wrzawa bojowa, w którą wmieszał się odgłos alarmu wśród naszych ludzi i sygnał trąbki do ataku. Powstał straszliwy, nerwowy hałas i ryk.




Uważnie obserwowaliśmy wynik ataku. Wiedzieliśmy, że jeśli wróg przebije się przez front, my również zginiemy, a w najlepszym razie dostaniemy się do niewoli. Natarcie wroga spotkało się z 3. batalionem 13. pułku piechoty Honwedów. Rozpaczliwa wymiana na bagnety trwała około godziny. 13. pułk utrzymał pozycję. Jednak ich front miał się załamać, gdy do walki rzucił się 76. Połączony Pułk Piechoty Sopron z 14. Dywizji Piechoty. Hałas bojowy stał się jeszcze głośniejszy. Trębacz 76. pułku zatrąbił na „natarcie”, a róg Honwedów na szarżę. Wszystko to miało upiorny i niepokojący efekt w nocy rozświetlonej pożarem wioski. Staliśmy bezradnie przy naszych armatach, drżąc i obserwując przebieg bitwy, ale z powodu ciemności nie mogliśmy interweniować.

Na szczęście sama piechota opanowała sytuację i wraz z ucichnięciem walk nastąpił pewien spokój. Jednak nie trwał on długo. O wpół do drugiej po północy, czyli 26. dnia, gdy cztery pułki strzelców naszej dywizji zostały już zastąpione przez części 14. dywizji, Rosjanie rozpoczęli nowy atak. Teraz nasza 2. i być może 4. bateria, być może po uzupełnieniu zużytej amunicji, postanowiły rozproszyć teren ataku dość chaotycznie. Walki ustały na godzinę, po czym znów zrobiło się cicho. Piechota ukryła się z powrotem w okopach.

Ale spokój znów nie trwał długo. Przed świtem taniec rozpoczął się ponownie i tym razem rozległy się trzaski karabinów, a armaty grzmiały przez prawie godzinę. Wiemy na pewno, że 2. bateria brała udział w tej bitwie, prowadząc 50-minutowy ogień rozproszony. Tym razem jednak ataku nie udało się odeprzeć. Rosjanie odnieśli zwycięstwo, a dwa pułki generała Michalcsicsa, a raczej ich resztki, a wkrótce potem 14. dywizja, która dołączyła do nich z prawej strony, zostały zmuszone do ustąpienia.

Nasze baterie wycofywały się na zachód razem z piechotą. 73. i 74. Brygada Piechoty Armii, szybko wyrwane z bezruchu, zajęły pozycje obronne na linii Zamość-Babin-Siekierka, a wycofujące się oddziały również tam się skierowały.

Tymczasem grupa podpułkownika Beniczka czterokrotnie zajmowała pozycje, toczyła walkę z ścigającymi ją Rosjanami, a następnie po półtorej, potem dwóch, a w końcu dwóch i pół godzinach wytrwałości ponownie stanęła w miejscu. Ostatnią pozycję zajęła mniej więcej w połowie drogi między Załazami a Zwoleniem, niedaleko głównej drogi prowadzącej na zachód, o godzinie 15:00. Tam otrzymała rozkaz od dowództwa dywizji, nakazujący jej nocleg za południowym skrzydłem, we wsi Bronisławów.

Wczesnym popołudniem większość dywizji miała znaleźć się w tym rejonie i spędzić noc na odpoczynku. Później jednak nic z tego nie wyszło, ponieważ Rosjanie odepchnęli 11. Dywizję Kawalerii, która przybyła na pole bitwy dzień wcześniej znad Sanu, pod Tyśmienicą, w związku z czym konieczne było wysłanie tam i w rejon Baryczy posiłków. Wymagało to odpoczywania niemal wszystkich jednostek. Podpułkownik Beniczek pozostawił jednak swoją grupę w obozie nocnym przydzielonym przez dowództwo dywizji. Pokonując wszelkie możliwe dobre i gorsze drogi, przeważnie w ciemnościach po zmierzchu, dywizja dotarła tu o godzinie 21:00 i po tylu trudach oficerowie, podoficerowie i szeregowi wrócili wyczerpani na odpoczynek.


Ogień poprzedniego wieczoru, tuż przed odparciem Rosjan, stworzył niezwykle niebezpieczną sytuację dla naszych 1. i 3. baterii, którym niemal całkowicie zabrakło amunicji. Karabiny grzechotały już nie tylko po obu stronach stanowisk ogniowych, ale także za nimi, a major Vigh zdał sobie sprawę, że on i cały jego pluton mogą zostać schwytani, jeśli pozostanie na miejscu bez celu i sensu. Dlatego jego baterie zostały przekazane dowództwu 73. Brygady Piechoty Armii.

Za którego zgodą Vigh poprowadził ich jeszcze kilka kilometrów dalej (prawdopodobnie na wschodni kraniec wsi Mszadła) i tam spędził noc, pozostając z nimi w pogotowiu.

Nasza piechota na ich czele została odepchnięta przez poranny atak Rosjan, gdy Víghowie zmierzali do odzyskania dawnych pozycji. Drobnym szczegółem było to, że nie wpadli w ręce Rosjan. Po tym, jak szczęśliwie uniknęli tego niebezpieczeństwa i prawdopodobnie na krótko napotkali ścigającego ich wroga niedaleko Mszadły, wycofali się do wsi Babin, zgodnie z otrzymanym w międzyczasie rozkazem, i zajęli tam pozycję około godziny 10 rano. Rosjanom udało się jednak wkrótce powstrzymać pościg w tym kierunku, ponieważ grupa majora Vígha nie była w stanie użyć swoich dział przed zmierzchem. O godzinie 18:00, zgodnie ze wspomnianym już przegrupowaniem naszej dywizji, dywizja ta również wymaszerowała do Baryczy, wraz z piechotą stojącą w Babinie, i spędziła tam noc we wsi.

26 października nawet najwspanialsze bohaterstwo nie mogło się równać z przytłaczającą siłą wroga. Podobnie jak w naszej dywizji, tak i w pozostałej części 1. Armii, kryzys osiągnął apogeum, a nasze wojska zostały zmuszone do ustąpienia na całej linii frontu.

Generał kawalerii Dankl nie chciał bez powodu poświęcać swojej armii, więc w południe 26. dnia wydał rozkaz odwrotu następnego dnia. Tym samym zakończyła się bitwa pod Iwanogrodem i rozpoczął się taktyczny odwrót. Na razie na linię ujścia Sanu do Kielc i Opatowa. Tam, dołączając do lewego skrzydła armii galicyjskiej, miał stawić trwały opór.


(...)

 

 Bibliografia:

  1. Białoskurski Ödön: A m. kir. 37. honvéd tüzérdandár története 1914-1918 I. köt. A m. kir. 4. honvéd tábori ágyúsezred története (Budapest, 1939)

niedziela, 25 stycznia 2026

Z węgierskich archiwów, cz. 1 - Działania 14 Pułku Piechoty Honwedu pod Górą Puławską pod koniec października 1914 r.

Niniejszy artykuł zawiera tłumaczenie fragmentu dziennika bojowego węgierskiego 14 Pułku Piechoty Honwedu, opisującego jego działania na puławskim lewym brzegu Wisły podczas Drugiej Bitwy Dęblińskiej, tj. walki na przedpolu przyczółka mostowego w Górze Puławskiej w dniach 23-25 października 1914 r. oraz początek mniej lub bardziej chaotycznego odwrotu w kierunku zachodnim 26 października.

 ----------------------------------------------------------------------------------------------

(...)

Główna kolumna Dywizji została zaalarmowana 22 października o godz. 1.30 w nocy i otrzymała przydział marszu przez Baryczkę-Ławeczko-Helenów-Kochanów w kierunku drogi do Radomia.

Między godziną 9:00 a 10:00 na północny zachód od Chotczy, gdy dowódca dywizji i jego sztab przejechali obok kolumny i zniknęli za wzgórzem, kolumna została zasypana ogniem piechoty przez Rosjan ze wschodniego brzegu Wisły. Pomimo dużej odległości, wystrzeliwane pociski spowodowały kilka ofiar, jednak rosyjska artyleria weszła do akcji zbyt późno i mogła ostrzelać jedynie koniec kolumny.

O godz. 15.00 pułk zebrał się na wschód od Kochanowa na odpoczynek i posiłek. Załoga ledwie zsiadła z koni, gdy nadszedł nowy rozkaz: zająć pozycję gotowości na skraju lasu na wschód od Ignacowa, aby wziąć udział w bitwie 73. Brygady Piechoty, atakującej z Nasiłowa w kierunku Góry Puławskiej.

(…) I batalion wyruszył do Sosnowa i spędził tam noc.

Bitwa pod Sosnowem-Górą Puławską.

O godzinie 6 rano 23 października II i III batalion również wyruszyły do ​​Sosnowa, aby przegrupować się przed atakiem.

O godzinie 8:00 zgrupowanie przedstawiało się następująco: bataliony I i II w linii ognia, odwód pułkowy III batalionu za prawym skrzydłem. Kierunek natarcia Sosnów-Góra Puławska lewym skrzydłem wzdłuż drogi.

Strzelanina wkrótce się rozpoczyna, ale natarcie na przeważające siły rosyjskie jest powolne. Rosyjska artyleria jest bardzo aktywna i działa z bardzo dobrymi wynikami (droga radomska stanowi doskonałe pole do ostrzału). Straty w pułku są duże, ale mimo to nacierające wojska rosyjskie są zmuszone do odwrotu, a ich pozycje zostają zajęte wieczorem.

Przebieg ataku według schematu:

O godzinie 8:30 rano 6. Kompania została wysłana, aby wesprzeć batalion atakujący z prawej strony.

Pułk spędza noc na pozycjach zajętych na szkicu.


O godzinie 7 rano 24 października wznowiono atak w kierunku Góry Puławskiej, mimo że w ciągu nocy Rosjanie przeprawili znaczne siły na lewy brzeg Wisły.

Siły pułku zmniejszyły się do 60% z powodu strat poniesionych 23-go, ale i tak udało się im zyskać 1 km terenu.

W porannych bitwach, z powodu co najmniej czterokrotnie przeważającej liczebnie piechoty rosyjskiej oraz silniejszego ognia artylerii wroga, pułk poniósł bardzo duże straty. Do południa zmniejszył się do 20-25% pierwotnej liczebności, a ci, którzy pozostali, byli całkowicie wyczerpani.

O godzinie 12:30 zarządzono odwrót w kierunku zachodnim;

Szczegóły bitew 23. i 24. dnia: Notatka kapitana Lajosa Luxa: „Był ciemny wieczór 23. dnia, gdy ogłoszono, że wróg został odparty. 1., 2. i 4. kompania batalionu otrzymały rozkaz udania się do wsi Sosnów, gdzie musiały rozbić obóz. 3. kompania, pod dowództwem porucznika Emila Rosztóczky'ego, stacjonowała w Żurawieniecu, aby zapewnić osłonę artyleryjską.

 
Batalionem dowodził obywatel rosyjski narodowości niemieckiej; po dotarciu do wioski, oddalonej o 300-400 kroków, słyszymy ożywioną strzelaninę i szarżę; rosyjski patrol został zaatakowany. W wiosce nie zastajemy nikogo. Kapitan István Mihályi rozmieścił 1. i 4. kompanię, a pozostałą część wioski przydzielił mojej kompanii (2.). Wybrałem kamienny budynek z dużymi stodołami obok jako miejsce zamieszkania. Wchodząc do domu, czujemy dziwny zapach, okna są otwarte, pokoje puste.

Żołnierz wchodzi i melduje, że w stajni jest wiele zwierząt domowych, ale nikogo nie ma; wchodząc do jednego z pomieszczeń, podłoga jest rozerwana; w tym samym czasie wchodzi inny żołnierz z zakrwawioną koszulą na bagnecie i melduje, że znalazł ją za domem. Jeden z moich podwładnych uznał to za wyjątkowo podejrzane. W sąsiednim pomieszczeniu drzwi na strych są otwarte, a w ostatnim pomieszczeniu wejście do piwnicy jest szeroko otwarte; zegar wahadłowy na ścianie wciąż tyka, więc nie ma wątpliwości, że albo wojska wroga, albo ludzie w domu musieli niedawno odejść.

Po tym zdarzeniu wszyscy moi podwładni uznali rezydencję za podejrzaną i zasugerowali, że dom, który wyróżniał się spośród innych, mógł być zaminowany lub w inny sposób przygotowany jako pułapka; jednogłośnie zalecili przeprowadzkę. Nie zagłębiałem się jednak w tę sprawę, lecz osobiście ponownie, z wielką starannością, dokonałem inspekcji terenu, jednocześnie kazałem przeszukać sąsiednie domy i zabudowania gospodarcze, rozmieściłem strażników obozowych i postawiłem sekcję w stan gotowości. Noc minęła bez zakłóceń.

 

Rezerwy stale uzupełniały moją linię natarcia, co czyniło ją zbyt gęstą i powodowało niezwykle duże straty. Pomimo wszelkich moich środków zaradczych, nie udało mi się powstrzymać napływu rezerw.

Podobnie jak w pierwszych bitwach, również i tutaj zdaliśmy sobie sprawę, że pokonanie silnego i czujnego wroga na otwartym terenie bez wsparcia i przygotowania artyleryjskiego jest niemożliwe. Atakujące masy piechoty jedynie zwiększają straty i nie są w stanie zmusić obrońców do odstąpienia.

W południe goniec batalionu wydał rozkaz dostarczenia szkicu sytuacji bojowej. Sporządzałem go u stóp gęstego drzewa i gdy miałem go podpisać, zostałem postrzelony nad lewym kolanem z lasu po lewej stronie. Zakrywając szkic, całe moje ciało zesztywniało, nie mogłem się ruszyć, a w wyniku straszliwego bólu, jaki odczuwałem, zacząłem krzyczeć, znacznie przebijając krzyki mojego pierwszego rannego tego dnia,z którego jęków kpiłem. Na szczęście skurcze po krótkim czasie ustały, podpisałem raport i z pomocą moich wiernych ludzi dotarłem na punkt pomocy. Hałas bitwy trwał całą noc, ranni regularnie przybywali do punktu pomocy.

Przynosili na przemian wiadomości pomyślne i niepomyślne. W ten sposób my, którzy tam byliśmy, byliśmy w miarę szczegółowo informowani o sytuacji. Odniosłem wtedy wrażenie, że być może warto powierzyć oficerowi przesłuchanie rannych i przekazać je dowództwu pułku; taka metoda mogłaby ułatwić uzyskanie szczegółowych informacji o sytuacji bojowej.

Ranni byli transportowani wozami z punktu pomocy pod ciężkim ostrzałem karabinów i armat. Udało mi się uciec z dywizyjnego punktu medycznego konno, w tym czasie nasze wojska wycofywały się już poza dywizyjny punkt medyczny”.

Na początku odwrotu pułkownik Lázár Formanek, dowódca pułku, został ciężko ranny i wzięty do niewoli przez Rosjan. W tym samym czasie polegli również major Ferenc Jámbor, kapitan Pál Nagy i kilku innych wybitnych oficerów pułku. Z opisu kapitana Gyuli Spády:

„Walki II batalionu pułku w bitwie pod Nową Aleksandrią 25-26 października 1914 r. 24 października w pobliżu >Luciny< dowództwo dywizji otrzymało następujący rozkaz za pośrednictwem dowódcy: Cokolwiek się stanie, marsz musi być kontynuowany w zwartych kolumnach! Surowa dyscyplina marszowa

„Nieco dalej nasza kolumna została ostrzelana z flanki z dużej odległości z pozycji wroga na wschodnim brzegu Wisły, a kolumna brygady, maszerującej równolegle do nas, nacierała pod flankującym ogniem artylerii wroga. O doskonałym duchu żołnierzy świadczy fakt, że pomimo obrażeń, dyscyplina w zwartej kolumnie była z łatwością utrzymywana.

Wiem od Miklósa Geyera, kapitana 4. Pułku Artylerii Polowej, że zasugerował on, że mógłby skutecznie ostrzelać baterię wroga, która powodowała straty zza pobliskiego, dominującego wzgórza. Na to otrzymał on rozkaz, aby rozpocząć ostrzał ze swoim dywizjonem, ale w taki sposób, aby mógł jak najszybciej dołączyć do kolumny marszowej. Wspomniany kapitan, z którym jechałem, oświadczył mi, że po ustaleniu niezbędnych czynników, zmuszony był ponownie ruszyć naprzód bez strzelania, aby nie zostać w tyle w kolumnie marszowej - chociaż artylerii rzadko się trafia zająć tak dogodną pozycję, Po dotarciu do Piskorowa po bagnistym, piaszczystym gruncie, batalion rozlokował się w Tomaszowie.

Wiadomości o nieprzyjacielu z tego dnia: „Niewielka liczba kawalerii (około 80 jeźdźców) w lasach wokół Tomaszowa, kawaleria dywizyjna została przydzielona do ich rozproszenia. Ochrona ze strażą obozową”. 25 października o godzinie 5 rano straż obozowa ogłasza alarm i prowadzi intensywny ogień. Pułk ustawia się w kolumnie marszowej pośrodku wsi, pod wsią gwiżdżą pociski piechoty. Zabezpieczony marsz do Sosnowa, do którego pułk dociera o godzinie 7 rano.

Według informacji otrzymanych o godzinie 9 rano, niewielkie oddziały rosyjskie przeprawiły się przez Wisłę w nocy. Artyleria naszej 73. Brygady Piechoty skutecznie ostrzelała jedyny most na Wiśle. 73. Brygada Piechoty pomyślnie posunęła się naprzód.

Rozkaz pułkowy: „Do ataku! I. i na prawo od linii ognia II. batalionu! Rezerwa III. batalionu (kapitan Helc) za prawym skrzydłem - ½ III. batalionu za centrum. Kierujcie się na lewe skrzydło, śledźcie drogę!”

O godzinie 12:00, pomimo ognia piechoty i skutecznego ostrzału artyleryjskiego z kilku stron, pułk stale odnosi sukcesy. Kapitan Gyula Helc z 6. kompanią, ranny, odpiera atak rosyjskiego oddziału. W przeciwnym razie wróg pozostaje niewykryty w szóstej dywizji. Dr Veres zginął. Wraz z zapadnięciem zmroku Rosjanie kontynuowali swoje ataki wobec naszej 14. dywizji.

23 października dowództwo nad batalionem objął kapitan Ede Kochanowszky, zastępując majora Kálmána Schmidta (który również został ranny).

Pułkownik Lázár i jego sztab pułkowy maszerują pieszo obok ewakuowanych pozycji rosyjskich baterii i wydają rozkaz natarcia na dalsze działki leśne. Tego dnia II batalion pojmał 300 Rosjan. Niemiecki podoficer, prowadzony przed dowódcę pułku, klęka i mówi: „Panie, myśli pan, że po drugiej stronie jest niewielu Rosjan. Na Wiśle zbudowano sześć mostów i od tego popołudnia nasze wojska nieprzerwanie się przeprawiają, wracaj, jestem Niemcem, to straszne, co się tu jutro wydarzy!”. W międzyczasie zachorował i następnego dnia został ranny na noszach.

Batalion wkroczył na tereny leśne zgodnie z otrzymanym rozkazem. Kapitan Béla Putnik wykonał wielką i cenną pracę, przywracając linie frontu i zbierając jeńców. Często osobiście dowodząc mniejszymi oddziałami, zdołał oczyścić tereny leśne do następnego ranka, z wyjątkiem niewielkiego fragmentu, gdzie słabszy oddział rosyjski, otoczony przez 6. kompanię, chciał się poddać.

Rano Rosjanie, otrzymawszy silniejsze wsparcie, pojmali otaczającą ich 6 kompanię wraz z jej dowódcą.

Brak amunicji jest coraz większy, załoga nie jadła od 48 godzin, zwierzęta juczne niosące amunicję częściowo zaginęły, a częściowo padły.

Doniesiono o tym dowództwu pułku. Straty rosną, pilnie potrzebne są rezerwy [dokładnie odwrotnie niż w 1. batalionie pułku, gdzie stale rosnące rezerwy tylko zwiększają straty (teren otwarty)].

Po raporcie batalionu nastąpił rozkaz: „Atakować energicznie! Wszystkie linie eskadr i rezerwy! Moje prawe skrzydło zaatakowało i zyskało przewagę!”. Na rogu leśnej działki, kilka kroków przed moją pozycją, starszy sierżant József Szolcsik spisał się znakomicie ze swoim oddziałem karabinów maszynowych. Celownik jego karabinu został trafiony, a on natychmiast rzucił się na miejsce i, odkrywając wrogie konie artyleryjskie, rozproszył je w ciągu kilku sekund. Wkrótce jednak granat zniszczył jego karabin maszynowy, a jego bohaterski dowódca również padł ofiarą. Drugi karabin maszynowy zamilkł, a cała jego obsługa zginęła.

Nasze pozycje są pełne zabitych i rannych, rosyjska artyleria zbiera obfite żniwo. Bohaterskie ciało sierżanta sztabowego Szolcsika pozostaje na miejscu.

Marsz, na rogu leśnej działki w Sosnowie, sytuacja staje się coraz bardziej krytyczna, patrzymy na siebie, tylko nasze oczy pytają bezgłośnie: kto wyjdzie stąd żywy? Oddział Putnika ma tylko jedno miejsce schronienia dla kilku ludzi, kapitan Kochanowszky, Putnik i inni zajmują swoje miejsca po kolei, kolejne miejsce jest gotowe; jednak nie ruszamy się, tylko kłócimy się przez około 5 minut o to, kto je zajmie. W końcu kapitan Putnik odzywa się do nas i, ulegając wezwaniu, zajmuję tam swoje miejsce. Jednak ledwo zdążyłem się schować, gdy bezlitosny granat trafia w moje poprzednie stanowisko i zabija chorążego Beilána.

O godzinie 10:45 batalion składa dowództwu pułku następujący meldunek:

Straty na linii ognia są bardzo duże, nie ma rezerw i nie da się ich zastąpić. Sierżant sztabowy Szolcsik zginął, oba jego karabiny maszynowe zostały zniszczone granatem wroga. Chorąży Bellán również zginął w wyniku trafienia granatem. Amunicja się wyczerpała, nie ma uzupełnień. Pilnie potrzebne są posiłki. Kapitan Kochanowszky.

O 12:30 dowództwo pułku odpowiedziało: „Atak 73. Brygady jest triumfalny, obiecano posiłki, mogą nadejść w każdej chwili. Proszę zaczekać! Pułkownik Formanek.

Jak się jednak później okazało, 73. Brygada już się wtedy wycofała. Nasza linia natarcia została odsunięta z powodu presji nacierającego wroga, a w szczególności z powodu braku amunicji.

W miejscowości Sosnów, która częściowo stanęła w płomieniach, on, wraz z personelem naszego punktu pomocy i około 300 ciężko rannymi, został wzięty do niewoli przez Rosjan, podczas gdy bezinteresownie się nimi opiekował. W tym samym czasie pułkownik Lázár Formanek, dowódca pułku, również został wzięty do niewoli przez Rosjan, również ciężko ranny. „O godzinie 1 w nocy 25 października resztki wyczerpanego pułku zostały zluzowane przez przez połączone siły 48. i 76. Pułków Piechoty. Odpoczynek i utrzymanie linii frontu nie trwały długo, ponieważ wczesnym rankiem Rosjanie odepchnęli połączone pułki, wskutek tego o 9 rano nasz pułk również wycofał się na zachód. W ciągu dnia wykopywaliśmy osłony dla nadciągających po nas wojsk.
 

Odwrót (26 października - 7 listopada)

Odwrót pod osłoną lasu trwał całe popołudnie, a wieczorem pułk dotarł do wsi Łagów i Łaguszów. Tam, po rozlokowaniu się, pozostałych 600 ludzi zebrało się, zorganizowało i okopało przed wsią.

We wsi Sosnów, pułkowy punkt pomocy medycznej ze wszystkimi rannymi i całym personelem: dr András Bóna, pułkownikiem dr Pál Veres, naczelnym lekarzem, Cserey, pomocnikiem kapelana obozowego, itd. zostali wzięci do niewoli przez Rosjan. 26 października: W Łaguszowie prace fortyfikacyjne były kontynuowane w ciągu dnia, wroga artyleria i piechota tylko nieznacznie zakłóciły te prace. O zmierzchu 13. Pułk Piechoty Honwedu, znajdujący się po lewej stronie, został zaatakowany przez Rosjan, ich pozycje zostały przełamane i zostali zmuszeni do wejścia do wsi. We wsi rozwinęła się bardzo uparta, chaotyczna walka wręcz. Następnie wieś została podpalona, ​​a dzięki interwencji połączonych 48. i 76. Pułków Piechoty Rosjanie zostali odparci, a pułk odzyskał opuszczone pozycje.

Notatki porucznika Emila Rosztóczky'ego: Wycofując się z wielkiej bitwy pod Iwanogrodem, 26 października okopałem się wraz z moim małym batalionem na wschodnim skraju wsi Łagów. Wczesnym popołudniem, gdzieniegdzie, widać było rosyjskie natarcie. Ostrzelałem je z mojego batalionu z odległości 1800-2000 kroków, po czym natarcie zostało zatrzymane.

O zmierzchu 76. Połączony Pułk Piechoty musiał nas zastąpić. O godzinie 17:00 Rosjanie przebili się przez 13. Pułk Piechoty Honwedu po naszej lewej stronie, a następnie niespodziewanie zaatakowali nas od tyłu. Wywołało to ogromne zamieszanie zarówno wśród naszych żołnierzy, jak i w 76. Połączonym Pułku Piechoty.

(...)

Bibliografia:

1. Nemeth Karoly, A volt m. kir. nyitrai 14. honvéd gyalogezred története, Budapest 1928

 

czwartek, 30 października 2025

Działania wojenne pod Abramowem i Marcinowem w dniach 4-7.08.1915 r.

Jest 4 sierpnia 1915 r. 

W Kurowie, Markuszowie oraz wioskach na północ od nich z wolna dogasają pożary, wywołane dopiero co zakończonymi walkami, mieszkańcy z wolna wracają do resztek swoich domostw, na cmentarzu w Olesinie grzebani są kolejni polegli. Na chwilę ucichły nawet odgłosy ostrzały artyleryjskiego, tak powszechne w ostatnim czasie. Niezmienna pozostała tylko obecność wojska, choć i tutaj zaszły istotne zmiany. Nie ma już Rosjan, zmuszających parę dni wcześniej mieszkańców do kopania okopów na okolicznych polach, w których to okopach bronili się następnie w dniach 31 lipca – 3 sierpnia – odeszli na nową linię obrony, ciągnącą się od Dęblina przez Żyrzyn w stronę Lubartowa. Nie ma już Niemców, którzy metodycznymi uderzeniami, dzień po dniu wyparli wspomnianych Rosjan z ich kolejnych linii obrony, zatrzymując się 2 sierpnia na polach pod Kłodą – zostali wycofani początkowo w stronę Kazimierza Dolnego, po czym ostatecznie zawróceni pod Żyrzyn. Na lokalnych drogach pojawiają się jednak nowe wojska – tym razem austro-węgierskie. Widać kolumny piechoty zmierzające w kierunku północnym - zrazu ochoczo, zaś po przekroczeniu ostatniej linii okopów rosyjskich już ostrożnie, rozwijając się w tyraliery – oprócz nich pojawia się artyleria oraz kolumny transportowe (jedną z nich widać m.in. na znanym zdjęciu spalonego Markuszowa). 

 


To jednostki austro-węgierskiego X Korpusu, przemieszczające się w stronę nowej linii frontu – 2 Dywizja Piechoty zmierzająca w sukurs Niemcom pod Żyrzyn oraz wypoczęta 24 Dywizja Piechoty, która nie brała udziału w zmaganiach pod pobliskim Garbowem i teraz przeszła na pierwszą linię frontu, kierując się w stronę Woli Przybysławskiej i Abramowa. Dlaczego akurat tam? By odpowiedzieć na to pytanie, poszukajmy rosyjskiej 3 Dywizji Grenadierów, która co prawda nie dała rady Niemcom pod Kurowem i Markuszowem, za to z powodzeniem stawiła czoła wojskom austro-węgierskim pod Garbowem. Kurowsko-markuszowskie przełamanie frontu, a także niekorzystny rozwój sytuacji na innych odcinkach wymusiły jednak ogólny odwrót wojsk rosyjskich na wspomnianą wcześniej linię obrony od Żyrzyna po Lubartów. W jej ramach pod Marcinowem i Abramowem 4.08.1915 r. pojawił się 12 Astrachański Pułk Grenadierów, pod dowództwem pułkownika Jegoriewa, do tej pory twardo trzymający swoje pozycje wokół Woli Przybysławskiej. 

Zanim jednak w okolicach Abramowa i Marcinowa pojawiły się rosyjskie jednostki pierwszoliniowe, pierwszą oznaką zbliżającego się tu od południa frontu była kanonada artyleryjska oraz odgłosy wystrzałów z broni ręcznej i maszynowej, słyszane tu doskonale podczas toczonych na początku sierpnia walk pod Kłodą i Olempinem. Pojawiało się też coraz więcej rosyjskich jednostek tyłowych, wysiedlających za Wieprz okoliczną ludność, palących zabudowania czy też szukających "podwód" - chłopskich furmanek (w przymusowym pakiecie z woźnicą) na potrzeby transportowe armii rosyjskiej. Na szczęście Rosjanie nie byli w tym względzie skrupulatni, w czym duży udział miało niewątpliwie zbliżanie się wojsk nieprzyjaciela - nie ścigano po lasach miejscowej ludności, która zamiast dać się wysiedlić wolała przeczekać zawieruchę w ukryciu, zaś od zarekwirowania podwody lub spalenia domostw można się było wykupić, głównie za "gorzałkę" lub pieniądze. Nie trzeba jednak dodawać, że wszystkie te okoliczności powodowały panikę wśród pozostałej na miejscu ludności - ludzie, spodziewając się a to podpalenia wsi, a to rabunku, częściowo pilnowali zabudowań przed najgorszym, a częściowo uciekali w pola lub do lasu, starając się zabrać ze sobą swój inwentarz, z czym jednak różnie bywało i plątające się po wsiach zwierzęta gospodarskie powiększały tylko ogólny rozgardiasz. W pobliskim Izabelmoncie "w nocy, gdy paliła się Kłoda i czerwona łuna pożaru oświetlała okolicę... ludzie (...) potracili głowy. Dzieci płakały, kobiety lamentowały. A do tego wszystkiego jeszcze i psy szczekały i wyły". Ci, którzy dobrowolnie pozostali w swoich domostwach, w ciągu najbliższych godzin było zmuszanych siłą do ich opuszczenia, przez Rosjan albo oddziały austro-węgierskie - w zależności od tego w czyjej strefie znalazła się dana miejscowość.


Wróćmy jednak do spraw wojskowych. Wspomniany pułk astrachański otrzymał rozkaz opuszczenia dotychczasowych pozycji jeszcze przed północą 3 sierpnia. Realizując go, pułkownik Jegoriew pozostawił na wysuniętej pozycji w Woli Przybysławskiej do 4.30 osłonę w postaci trzech rot z IV batalionu (14,15 i 16 rota), natomiast główne siły wycofał na wytyczone uprzednio, nowe pozycje pod Sosnówką. Jak czytamy we wspomnieniach: "(...) od strony lasu zaczęli pojawiać się pierwsi żołnierze rosyjscy, a po nich cała linia frontowa rosyjska. Sołdaci szli pospiesznie, pojedynczo i po paru, długą linią z karabinami w rękach i na ramionach". Większość oddziałów dotarła na wyznaczone pozycje o godzinie 9 rano, wysuwając jednocześnie straże przednie na linię od dworu w m. Wielkie przez Abramów do zachodniego krańca Michałówki. Pozostałe siły 12 Pułku Grenadierów (dalej: pgren) zajęły następujące pozycje na wzgórzach, położonych na północ od zabudowań Marcinowa i Abramowa: od drogi Marcinów-Michów (wł.) do Sosnówki (wył.) rozlokował się III batalion, na lewo od niego, od Sosnówki do wzgórza 183 (przeliczyć) przygotowano miejsce dla IV batalionu (który, jak wiemy, tymczasowo znajdował się jeszcze wokół Woli Przybysławskiej) i 130 drużyny opołczenia, wreszcie dalej na lewo, od wzgórza 183 aż do skraju lasu pomiędzy dwoma krzyżami przy drodze Abramów-Stanisławów swoje pozycje zajął II batalion. Tyle główna linia obrony. Z pozostałych jednostek pułku, w leśniczówce na wschód od Abramowa zakwaterowano dowództwo zwiadowców, zaś na północnym skraju Sosnówki – I batalion, stanowiący pułkową rezerwę. Wsparcie ogniowe zapewniała 3 Grenadierska Brygada Artylerii, z której na zachód od północnego skraju Sosnówki stała 4 bateria, a na wschód od niej, pod lasem – 3 bateria. Sztab pułku rozlokowano w Ciotczy, natomiast tabor I rzędu – w Elżbietowie. Na zajętej w ten sposób pozycji, astrachańscy grenadierzy sąsiadowali na zachodzie z 10 Małorosyjskim Pułkiem Grenadierów oraz 11 Fanagoryjskim Pułkiem Grenadierów na wschodzie.  

 




                                            Wzgórze 183

 

                                           Wzniesienia na wschód od Sosnówki

Po zajęciu ww. pozycji pułk zaczął ją umacniać – nie mamy tutaj dokładnych informacji jakie prace zostały wykonane, wiadomo jedynie o wycince części drzew w okolicy Wielkolasu, celem poprawy widoczności. Można jednak założyć, że wzorem innych odcinków frontu, nie zdążono bądź też wcale nie zamierzano zakładać dodatkowych przeszkód z drutu kolczastego. Niestety, nie zapomniano za to o "profilaktycznym" podpaleniu miejscowości, znajdujących się przed frontem rosyjskich pozycji - spłonęły Abramów, Marcinów, Wielkolas, Wielkie - ostał się za "butelkę wódki, garnek miodu i pieniądze" jedynie pobliski Izabelmont. Taki obraz zastał powracający z południa IV batalion, który około godziny 13.00 dołączył do sił głównych, zostawiając uprzednio pod folwarkiem Orlicz własną 16 rotę z zadaniem opóźniania postępów przeciwnika – dzięki zawczasu wykonanym pozycjom obronnym na południowym brzegu jeziora Rejowiec (ich pozostałości można oglądać do dnia dzisiejszego - zdjęcie), a także sprzyjającemu układowi terenu (pas podmokłych i zalesionych terenów, przez które wiodły pojedyncze ścieżki i drogi) 16 rota zdołała do wieczora powstrzymać tu idące śladem Rosjan pododdziały 15 i 18 Pułku Honwedu (dalej: pph). Nie mamy informacji jakie siły Węgrzy zaangażowali do tej akcji, wiadomo tylko o jednym poległym z III batalionu 18 pph - dowód, że do jakichś walk tutaj doszło, a obsadzający pozycję osłonową grenadierzy sumiennie podeszli do otrzymanego zadania. 

 


Skoro już wywołaliśmy drugą stronę konfliktu do tablicy, to główne siły 37 Dywizji Piechoty Honwedu (40 Brygada) rozlokowały się wieczorem w rejonie Orlicza i Woli Przybysławskiej, poprzestając na otwarciu w godzinach popołudniowych lekkiego ostrzału artyleryjskiego, skierowanego na Abramów.

Już od wczesnych godzin porannych 5 sierpnia, Węgrzy rozpoczęli prowadzenie intensywnego rozpoznania na całym froncie 12 pgren przy energicznym wsparciu własnej artylerii. Po uzyskaniu w miarę przejrzystego obrazu sytuacji, dowódca 37 Dywizji, gen. Kalman Tabajdi, nakazał rozpoczęcie ataku. Od godziny 16 honwedzi rozpoczęli energiczne zbliżanie się ku pozycjom Rosjan na dwóch kierunkach: od Glinnika na Wielkie oraz z lasu na południowy-wschód od Abramowa – w natarciu uczestniczyły pododdziały dwóch pułków: 15 pph pod dowództwem płk Dormandy'ego von Dormand i 18 pph pod dowództwem płk. Brunswika von Korompa (tworzące razem 73 Brygadę płk Schnetzera). Odwód dywizyjny (12 i 32 pph, dające razem 40 Brygadę płk Diosy’ego) umieszczono początkowo w Wólce Kątnej i w Orliczu - potem jednostki te zostały przesunięte na południe od Glinnika (12 pph na jego wschodni skraj, 32 pph - na zachodni), w pobliże przyszłego pola walki. Podobnie jak rosyjskie okopy na południe od jeziora Rejowiec, do dziś na południe od Glinnika zachowały się także okopy, zajmowane wówczas przez węgierskie rezerwy.

 

Rosjanie zorientowawszy się w zaistniałej sytuacji próbowali zakłócić przemieszczanie się węgierskich odwodów, ostrzeliwując je artyleryjskimi pociskami 15 cm, jednak z uwagi na podmokły teren wokół Glinnika, ostrzał ten nie wyrządził większych szkód. Węgierska artyleria (dwie baterie z II Dywizjonu 4 Pułku Artylerii Honwedu) nie pozostawała dłużna: szczególnie intensywny ostrzał kierowany był na odcinek zajmowany przez rosyjski IV batalion na wschód od Sosnówki - być może była to próba ognia kontrbateryjnego, jednak z jakichś względów był on niecelny, a przez to „oberwało się” znajdującemu się przed własną artylerią IV batalionowi. Wyjaśnienia tej sytuacji możemy szukać w kronice węgierskiego 4 Pułku Artylerii, w której czytamy że zajęta początkowo przez jego baterie pozycja pod Wólką Kątną (dokładnie chodzi o wzniesienie 156 przy drodze z Woli Przybysławskiej do Abramowa) okazała się "nienajlepsza". Nie wiadomo czy taka ocena wynikła z powodu grząskiego terenu czy też oddalenia od pozycji rosyjskich, co z kolei wpływało na utrudnienia w ich obserwacji - tak czy owak dowódcy baterii zaczęli szukać lepszego miejsca, co z pewnością negatywnie odbiło się na efektywności prowadzonego ostrzału. Właściwe miejsce znaleziono ostatecznie nieco dalej, na wzniesieniu pomiędzy wsiami Glinnik i Izabelmont, gdzie obydwie baterie przemieszczono nad ranem 6 sierpnia. Swoistą pamiątką po obecności artylerii w tej okolicy jest wykonany z armatnich łusek krzyż, umieszczony na przydrożnej kapliczce w Glinniku. Źródła wspominają także o dodatkowym wsparciu ogniowym, jakie honwedom zapewniała "ciężka artyleria", która "stała pod Markuszowem" - opis wskazuje na I Dywizjon 10 Pułku Haubic Polowych, przyporządkowany organizacyjnie austro-węgierskiej 2 Dywizji Piechoty, rozmieszczony podczas bitwy na wzgórzach na północ od Markuszowa.

 


O godzinie 5 rano w dniu 6 sierpnia, okopani od poprzedniego dnia na "ugorach" za wsią Wielkie Węgrzy rozpoczęli generalne natarcie. Wyprowadzono je z rejonu Wielkiego w dwóch kierunkach: w kierunku spalonego dworu w Marcinowie oraz w kierunku zachodniego skraju Abramowa. Węgierskie dowództwo zamierzało użyć tu wszystkich dostępnych sił, jednak z uwagi na niskie stany osobowe znajdującej się w rezerwie 40 Brygady (liczyła ona wówczas łącznie 1400 karabinów) zarzucono ten pomysł. Z uwagi na szczupłość dostępnych sił, dowództwo korpusu nalegało, by wybrany pas przełamania był stosunkowo wąski, również dlatego by nie rozpraszać zbytnio sił znajdujących się w drugiej linii i mogących mieć wpływ na rozwinięcie ewentualnego sukcesu. Kierując się tymi dyspozycjami, gen. Tabajdi zdecydował, że atak będzie przeprowadzony w pasie o szerokości 1000 kroków, a jego osią będzie szosa biegnąca od zachodniego krańca Wielkiego, przez Marcinów w stronę Michowa. Równolegle z honwedami, na Abramów miał nacierać wydzielony z 24 Dywizji 77 Pułk Piechoty.

Początkowo wszystko wskazywało na to, że użycie rezerw byłoby zbędne - pod naporem znajdujących się w pierwszej linii 18 i 15 pph (atakujących odpowiednio po lewej i prawej stronie drogi do Michowa), przy wydatnym wsparciu węgierskiej artylerii (jedna tylko 3 bateria oddała tego dnia 900 strzałów), rosyjskie przednie straże na tym odcinku wycofały się po krótkiej acz zaciętej walce do okopów pozycji głównej. Opis jednego z epizodów tych początkowych starć, znajdujemy w książce Jana Struskiego "Pamiętniki o Łąkoci 1914-1945": "W tym czasie ruska armia zrobiła zasadzkę na Austriaków. W Marcinowie, w sadzie Kazimierza Pawelca, ze sto metrów od mostu, na rzece płynącej obok Marcinowa, Rosjanie zamaskowali pulemiot (karabin maszynowy C.K.M.) i czekali na Austriaków. Wreszcie gdy linia austriacka ruszyła spod Olempina i doszła bez przeszkód pod Marcinów, gęstą tyralierą przekroczyła rzekę pod Marcinowem, wtedy ruscy otworzyli ogień z karabinu maszynowego po linii austriackiej. W zasadzce tamtej poległo pod Marcinowem dużo Austriaków". Honwedzi, którzy dość mocno odczuli skutki tej walki (oprócz karabinów maszynowych, bardzo aktywna była też rosyjska artyleria, mająca doskonały wgląd na przedpole własnych pozycji), okopali się na linii od Wielkolasu przez dwór Marcinów aż do Abramowa, zbierając siły przed decydującym szturmem. Zdobycz terenowa przedstawiała się następująco: do godziny 13.00 honwedzi podeszli na 600-800 kroków od prawej flanki Rosjan, 1000 kroków od centrum oraz 2000 kroków od ich lewej flanki, pod osłoną silnego ostrzału artyleryjskiego, skierowanego na cały front 12 pułku oraz jego tyły (od tego ostrzału zapaliły się zabudowania Sosnówki). O ile wyparcie rosyjskich straży przednich zakończyło się powodzeniem, to ich rozbudowane pozycje na wzgórzach na północ od ww. miejscowości wydawały się być znacznie trudniejszym orzechem do zgryzienia. Celem ułatwienia zadania własnym jednostkom, gen. Tabajdi zaapelował do sąsiadującej z honwedami od zachodu 2 Dywizji Piechoty, o przeprowadzenie oskrzydlającego natarcia z rejonu miejscowości Wolica w kierunku na dworek w Dębinach.

Zbliżał się decydujący moment bitwy. Po otrzymaniu informacji o powodzeniu sąsiadów z 2 Dywizji, która zdołała opanować Dębiny, o godzinie 16.00 Węgrzy wznowili atak po silnym, 20-minutowym ostrzale wrogich okopów przeprowadzonym przez własną artylerię. Natarcie szło jednak opornie - do wieczora atakujący wzdłuż szosy michowskiej honwedzi zdołali podejść na 200 kroków do rosyjskich okopów znajdujących się na północ od Marcinowa. Lokalnym sukcesem było też zajęcie zabudowań Abramowa przez atakujący z prawej strony 77 pp. Co prawda przełamania nigdzie nie osiągnięto, jednak węgierskie jednostki zyskały pod Marcinowem dogodny punkt wyjściowy do nocnego szturmu, dzięki któremu mogliby wbić klin pomiędzy pozycje 10 i 12 pgren, obejść prawą flankę „astrachańców” i zagrozić wyjściem na ich tyły oraz zrolowaniem całej obrony 12 pgren w kierunku wschodnim. Węgierskie dowództwo trzymało rękę na pulsie i „czując krew”, niezwłocznie utworzyło na południowym brzegu Syroczanki, pomiędzy Wielkiem i Glinnikiem zgrupowanie uderzeniowe ze znajdujących się w rezerwie pułków 40 Brygady, celem rzucenia ich w planowany wyłom w rosyjskim froncie. 

 

                                           Łąki na północ od Wielkiego

Honwedzi już witali się z gąską, jednak Rosjanie nie mieli jeszcze w planach odwrotu i postanowili zdecydowanie przeciwdziałać. Kronika węgierskiego 4 Pułku Artylerii wspomina o ostrzelaniu wieczorem 6 sierpnia przez baterie II Dywizjonu „posuwającej się naprzód rosyjskiej rezerwy” – być może gdyby nie zapadające ciemności, ostrzał byłby skuteczniejszy i wypadki potoczyłyby się inaczej. Być może też węgierskie dowództwo nie doceniło determinacji przeciwnika, uznając podchodzące siły jedynie za desperacką próbę załatania rosyjskiego frontu. Zapadła noc...

 


Przenieśmy się teraz na drugą stronę frontu. Płk. Jegoriew, który również bacznie obserwował przebieg bitwy, podobnie jak węgierskie dowództwo dostrzegł wieczorem 6 sierpnia krytyczne położenie prawej flanki swojego pułku, o czym niezwłocznie poinformował dowództwo dywizji. Jak już wspomniano, Rosjanie nie zamierzali oddawać pola bez walki, tym bardziej że na sąsiednich odcinkach frontu trzymali się jeszcze mocno, więc decyzja mogła być tylko jedna: kontruderzenie. Z uwagi na rozmiary włamania we własne linie, Rosjanie potrzebowali czegoś dużego, żeby odrzucić rozgrzanego walką przeciwnika z powrotem na pozycje wyjściowe. W tym celu oprócz rezerwowego I batalionu 12 pgren, w kontrataku wziął udział także IV batalion z 9 Syberyjskiego Pułku Grenadierów (który będąc w rezerwie dywizyjnej mógł wydzielić część swoich sił celem wsparcia innych jednostek – przydzielony 12 pp IV batalion stacjonował początkowo na północnym skraju lasu pod wsią Trzcianki). Kontratak rozpoczęto 7 sierpnia o godzinie 4.00 nad ranem, na styku 12 pgren z 10 pgren w kierunku na dwór w Marcinowie – możemy przyjąć że jego osią była droga z Marcinowa do Michowa. 

 


Fragment szosy Marcinów-Michów w rejonie skrzyżowania w Marcinowie

W kontrataku uczestniczyły 2,3,4 i 12 rota 12 pgren (łącznie ok. 500 żołnierzy) oraz ok. 250 żołnierzy z 9 pgren pod ogólnym dowództwem płk. Romanowa (dowódca I batalionu 12 pgren). Efekt uderzenia był piorunujący, tym bardziej że honwedzi nie spodziewali się takiego obrotu spraw. Do godziny 5.00 rano grenadierzy przebili się przez 3 linie nieprzyjacielskich okopów (zapewne liczyć tu należy kopane ad hoc dwie linie dołków strzeleckich na podejściu pod główną pozycję obronną Rosjan plus węgierskie okopy „wyjściowe”, pomiędzy Marcinowem i Abramowem), wyparli przeciwnika z dworu Marcinów i wzięli do niewoli 2 karabiny maszynowe, 7 oficerów i około 300 żołnierzy z 15 i 18 pph. Szczególnie zacięte walki toczyły się, m.in. w okolicy mostu na Syroczance pod Marcinowem, gdzie doszło do walki na bagnety. 

 

Widok od strony skrzyżowania w Marcinowie w stronę mostu na Syroczance

                                            ...i odwrotnie

Znajdującym się na drodze rosyjskiego walca Węgrom nie było dane zorganizować żadnego skutecznego oporu, jednak ich pododdziały znajdujące się nieco dalej od dworu w Marcinowie zachowały przytomność umysłu i podjęły rezerwami (II batalion 15 pph, stacjonujący w zabudowaniach na wschodnim skraju Wielkiego) oraz resztkami rozbitych przez Rosjan oddziałów próbę przeciwuderzenia, kierując je na flankę nacierających grenadierów oraz na odcinek III batalionu 12 pgren na wzgórzach na północ od Marcinowa. Kontratak powiódł się częściowo: zdołano zatrzymać i odrzucić rosyjski klin w rejonie dworku w Marcinowie, jednak węgierski kontratak na wzgórza na północ od miejscowości, napotkawszy ogień z broni ręcznej i karabinów maszynowych III batalionu został rozbity i rzucił się w różne strony. Trafiały się tu również epizody heroiczne: jedna z odrzuconych węgierskich tyralier „wycofała się na 100 kroków i otworzyła ogień - na tę tyralierę za pozwoleniem dowódcy kompanii z krzykiem „Ura” rzucili się dwaj grenadierzy z 10 roty Agafonow i Laszenko i tym samym dokonali ostatecznego powrotu do pierwotnego położenia”. Po załamaniu się węgierskiego kontrataku na wzgórza, broniące się do tej chwili w okrążeniu resztki (w sile 5 oficerów i 180 żołnierzy) batalionu, rozbitego w pierwszym uderzeniu przez Rosjan, zaprzestały walki i poddały się. Ogółem podczas kontrataku Rosjanie wzięli do niewoli 2 kaemy, 12 oficerów i 483 żołnierzy, przy czym wszyscy oficerowie i większość żołnierzy należało do 15 pph. Szykującej się do wsparcia ewentualnego pościgu 40 Brygadzie przypadła niespodziewanie zgoła odmienna rola błyskawicznego przygotowania drugiej linii obrony, na wypadek gdyby Rosjanom nie wystarczyło rozbicie pierwszoliniowych pułków i chcieli pójść za ciosem dalej. Do przeciwdziałania rosyjskiemu kontratakowi włączyła się czynnie również węgierska artyleria. Wg relacji kronikarza węgierskiego 12 pph wyglądało to tak:

(…) około 2 nad ranem (7-go sierpnia – przyp. Aut.) niespodziewany rosyjski atak przebił się przez 15. pułk, który był zajęty dystrybucją żywności na południowym krańcu Wielkiego, w linii wiatraków. Słychać strzały, hałas, krzyki, części przerwanej linii biegną do tyłu. Oficerom 12. pułku udało się ich zatrzymać z wielkim trudem; Pułk natychmiast ruszył na wzgórze przed sobą, około 500 kroków od południowego krańca Wielkiego; jego lewe skrzydło znajdowało się 250 kroków na wschód od traktu (32. pułk dołączył do niego po lewej stronie), a prawe skrzydło naprzeciwko wschodniego krańca Wielkiego, wycofane na wschodnim krańcu wzgórza. W tej linii pułk okopał się i pozostał tam. Nie musiał interweniować, ponieważ 15. pułk rezerwami odepchnął Rosjan, a pierwsza linia została przywrócona.”

 

Rosjanie ukontentowani rozbiciem zagrażającego im włamania we własne linie wycofali się na pozycje wyjściowe, po pewnym czasie uczynili to również Węgrzy, zajmując ponownie pozycje pomiędzy dworem w Marcinowie i Abramowem. Generał Ragoza, dowódca rosyjskiego XXV Korpusu (do którego przynależały atakujące pułki grenadierskie), po zakończeniu akcji przekazał osobiste podziękowania dla żołnierzy 9 pgren (co ciekawe, kronika 12 pgren nie wspomina o podobnym wyrazie uznania dowództwa korpusu dla żołnierzy I batalionu tego pułku – albo „sybircy” mieli większe uznanie u gen. Ragozy, albo też – pomimo tego że byli w mniejszości - wykazali się większą walecznością od „astrachańców”). Pułkownik Jegoriew osiągnął jeszcze jeden cel: generał Tabajdi zrezygnował z planowanego na 7 sierpnia ataku, dopatrując się po stronie rosyjskiej przybycia znacznych posiłków, a także trzeźwo oceniając stan własnej artylerii, która nie dysponowała już amunicją w ilości wystarczającej do wsparcia kolejnego szturmu. W ciągu dnia honwedzi nie podejmowali już zatem działań zaczepnych, pozostając w odległości 1000-2000 kroków od rosyjskich okopów. Intensywny ogień na całym froncie pułku prowadziła za to węgierska artyleria, działania zaczepne podjęły też sąsiednie jednostki: m.in. sąsiadujące z prawej strony oddziały X Korpusu zajęły tego dnia Michałówkę, co w zamyśle miało doprowadzić do wymuszenia odwrotu na tkwiących twardo w swoich okopach "astrachańcach". 

Tak też się stało. Pod Marcinowem i Abramowem Rosjanie triumfowali, jednak o dalszym rozwoju sytuacji na froncie zadecydowały sukcesy Sprzymierzonych na sąsiednich odcinkach frontu, gdzie niemiecka 47 Rezerwowa Dywizja Piechoty oraz 41 Dywizja Piechoty Honwedu przełamały rosyjskie pozycje i wymusiły generalny odwrót Rosjan w kierunku północno-wschodnim. 7 sierpnia, o godzinie 21.00 otrzymano rozkaz, by pozostawić w okopach do godziny 22.00 straże tylne i wycofać (pod ostrzałem przeciwnika) 12 pgren z pozycji. Pod osłoną I batalionu płk Romanowa zajmującego pozycje pod Ciotczą, pułk wycofał się przez Michów, Rawę i Giżyce w stronę Kocka. Węgrom pozostało jedynie zajęcie następnego dnia opuszczonych rosyjskich okopów i dalszy marsz w stronę Michowa.

Wkrótce do spalonych domostw zaczęła powracać miejscowa ludność, której udało się przeczekać bitwę w okolicznych lasach. W okolicach folwarku Marcinów oraz skrzyżowania dróg, oczom mieszkańców ukazał się "makabryczny widok ciał poległych w walce" "po starciu na szable", ciała poległych znajdowano także na innych odcinkach niedawnego frontu. Zanim na miejscu pojawiły się tyłowe oddziały austro-węgierskie, obowiązek pochowania zabitych przypadł właśnie miejscowym - ciała grzebano praktycznie tam gdzie leżały, przysypując je warstwą ziemi lub piachu. W większości był to rejon skrzyżowania dróg w Marcinowie, wyjątek stanowili polegli Rosjanie (zapewne w wyniku ostrzału artyleryjskiego, ewentualnie zmarli z ran) oraz nieliczni żołnierze austro-węgierscy, których pochowano w 18 mogiłach (w tym jednej zbiorowej) w rejonie śródpolnej kapliczki na północ od Abramowa. Niedługo potem na miejscu pojawiła się wojskowa "ekspedycja", która przystąpiła do porządkowania pobojowiska - rozproszone mogiły pod Marcinowem ekshumowano i przeniesiono na wspólny cmentarz przy skrzyżowaniu dróg, otaczając go "drutem kolczastym na dębowych słupach". Jak czytamy u Jana Struskiego, w późniejszym okresie "Austriacy oborali wokoło cmentarz płytkim rowem i obsadzili nad rowem wierzbami płaczącymi. Między wierzbami posadzili ładne krzewy. Wierzby i krzewy dobrze przyjęły się i rozrosły. Cienkie warkocze wierzb płaczących zwieszały się nad cmentarzem, tak jakby płakały nad ludzką niedolą. Krzewy między wierzbami wyrosły wysmukłe w górę i każdej wiosny zakwitały pięknymi, różowymi kwiatami". Do dziś zachowały się skromne pozostałości sporego ongiś cmentarza, na którym współcześni umieścili pamiątkowy obelisk z napisem "Pamięci żołnierzy polskich, rosyjskich i austryjackich, poległych w I-szej wojnie światowej - społeczeństwo Gminy Abramów w 70-tą rocznicę 1914-1984"


W porównaniu z tym, co widzimy dzisiaj, cmentarz zajmował pierwotnie znacznie większy obszar, z wydzieloną kwaterą zbiorową żołnierzy austro-węgierskich, 21 pojedynczymi mogiłami poległych Rosjan oraz dwoma grobami oficerskimi - rosyjskim i austro-węgierskim (ten drugi po wojnie ekshumowany przez rodzinę). Według oficjalnych szacunków pochowano tu 225 żołnierzy - w większości byli to żołnierze armii austro-węgierskiej. 


Opisanym wyżej pracom porządkowym nie podległy wówczas rosyjskie pochówki na północ od Abramowa - pochowanych tam Rosjan i żołnierzy austro-węgierskich ekshumowano dopiero w roku 1934, przenosząc wszystkie bądź większość pochówków na kwaterę wojenną na cmentarzu w Michowie. Sumując obydwie polowe nekropolie oraz doliczając do nich poległych, których z różnych przyczyn nie przeniesiono w te miejsca, możemy pokusić się o stwierdzenie, że w bitwie poległo ok. 300 żołnierzy - jak już wspomnieliśmy, byli to głównie poddani cesarza Franciszka Józefa I.

Bitwa pod Marcinowem i Abramowem, podobnie jak szereg innych starć z okresu I wojny światowej, należy do grona bitew, o których bardzo mało się wspomina, tym bardziej że nie miała ona praktycznie żadnego wpływu na przebieg działań wojennych. Mimo tego zasługuje jednak na upamiętnienie,  zarówno ze względu na piętno, jakie odcisnęła na okolicznych miejscowościach, jak również z racji dużej ilości poległych, którym należy się wieczna pamięć.

 

Bibliografia:

  1. Żurnał wojennych diejstwij 12-go Grenadierskogo Astrachanskogo Połka z 1-go januara po 31 augusta 1915 r., rękopis na www.gwar.mil.ru;
  2. Żurnał bojewych diejstwij 9-go Grenadierskogo Sibirskogo Połka z 1-go julja po 31 julja 1915 g., rękopis na www.gwar.mil.ru;
  3.  Deseő Lajos: A m. kir. szatmári 12. honvéd gyalog ezred, valamint menet- és népfölkelő ezredeinek története, Budapest, 1931;
  4.  Białoskurski Ödön: A m. kir. 37. honvéd tüzérdandár története 1914-1918 I. köt. A m. kir. 4. honvéd tábori ágyúsezred története, Budapest, 1939;
  5. A világháború 1914-1918, X. köt., Budapest 1928;
  6. Kozak Leszek, Obszar Gminy Abramów w dziejowym ujęciu, Abramów 2009;
  7. Kozak Leszek, Historia wsi Marcinów, Abramów 2011.
  8. Struski Jan, Pamiętniki o Łąkoci 1914-1945, Lublin 2013 


Zdjęcia:

  1. fot. własne Autora
  2. www.grwar.ru
  3. Internet