niedziela, 8 listopada 2026

Walki o Garbów w dniach 31.07-3.08.1915 r.

Przełamanie rosyjskiego frontu przez połączone armie niemiecką i austro-węgierską, do którego doszło w maju 1915 r. pod Gorlicami, zapoczątkowało wielki odwrót rosyjskich armii z terenów Galicji i Królestwa Polskiego, w wyniku którego carskie oddziały, cofające się od jednej do drugiej linii obrony, w początkach sierpnia 1915 r. stanęły na jednej z takich rubieży, ciągnącej się wzdłuż szosy z Lublina do Puław. Założeniem carskich sztabowców było zyskanie uporczywą obroną jak najwięcej czasu, potrzebnego na ewakuację na Wschód jak największej ilości zasobów materialnych i ludzkich z terenów Królestwa Polskiego, jak również własne jednostki wojskowe w praktyce przejawiało się to zaciętą obroną rosyjskich dywizji na kolejnych, zawczasu przygotowanych liniach obrony, po której Rosjanie, starając się maksymalnie wykrwawić przeciwnika, odskakiwali kilkanaście kilometrów do tyłu, by powtórzyć ten manewr na kolejnym pasie umocnień polowych. W ten sposób 30 lipca 1915 r. przybyli oni pod Garbów, obsadzając umocnienia wykonane wzdłuż wspomnianej wcześniej szosy lubelskiej.


Określenia "wzdłuż szosy" nie należy jednak odbierać w stosunku 1:1, gdyż każda okolica miała swoją specyfikę a carscy saperzy byli doskonałymi fachowcami, jeśli idzie o wykorzystanie lokalnych walorów terenowych do jak najbardziej efektywnego wykonania polowych umocnień. Tak też było i pod Garbowem. W niedawnym artykule poznaliśmy przebieg tych fortyfikacji a także opis działań bojowych na wschód od Garbowa, pod Bogucinem - niniejsze opracowanie ma przybliżyć historię zmagań rosyjskich i austro-węgierskich oddziałów, do których doszło w dniach 31 lipca 3 sierpnia 1915 r. bezpośrednio pod samym Garbowem.

Poznajmy najpierw teren przyszłego pola bitwy będzie on miał kluczowe znaczenie dla zrozumienia przebiegu opisywanych wydarzeń. Bezpośrednio na południe od Garbowa znajduje się rozległy obszar niewielkich wzniesień, przez które biegła droga z Garbowa przez Gutanów, Czesławice aż do samego Nałęczowa współcześnie pokrywa się ona mniej więcej z przebiegiem ulicy Gutanowskiej. Tuż przed samym Garbowem wzniesienia się kończą, malowniczo acz gwałtownie opadając w stronę zabudowań Garbowa Dolnego oraz doliny Kurówki - za którą teren ponownie się wznosi, w stronę zabudowań przy głównej szosie. Wspomniane pasmo wzgórz, pokrywające się dziś z biegiem ul. Widokowej, ogranicza od wschodu niewielki wąwóz ze znajdującymi się po jego drugiej stronie wzniesieniami Kościeliska i starego cmentarza garbowskiego, za którymi góruje okazały kościół pw. Przemienienia Pańskiego, zaś od zachodu podmokłe zlewisko Kurówki i Białki z kompleksem stawów rybnych pod Zagrodami i Przybysławicami. Na północny-zachód od zabudowań Garbowa znajduje się zaś kolejne pasmo wzniesień, biorące początek w okolicach dzisiejszej Marianki (ówczesny folwark Marynki). Nakreśliliśmy w ten sposób teren przyszłych zmagań jak już wspomniano jego umiejętne wykorzystanie przyniesie sukces jednej z walczących stron.

Gdzie znajdowały się pozycje rosyjskie i jak wyglądały? Jak już wspominaliśmy, carscy inżynierowie byli fachowcami w dziedzinie fortyfikowania się przyznawali to niechętnie nawet Sprzymierzeni, przekraczając kolejne, opuszczane przez Rosjan linie obronne. Oczywiście najbardziej spektakularnie prezentowały się one tam, gdzie carscy mieli czas na ich "dopieszczenie" - pod Garbowem go nie mieli, gdyż cofające się tu z południa województwa oddziały XXV i XV Korpusów (przybyłe tu 30 lipca) zastawały dopiero rozpoczęte lub zgoła tylko wytyczone w terenie linie okopów, które trzeba było naprędce kopać samemu (z wydatną "pomocą" lokalnej ludności). Zatem nie wykonano tu zapewne drewnianych szalunków czy daszków przeciwszrapnelowych, ograniczając się jedynie do zabezpieczenia pozycji drutem kolczastym. Jednak okopy te miały jeden, kluczowy atut: mistrzowskie rozplanowanie w terenie.

Rosjanie zrezygnowali z fortyfikowania linii wzgórz w ciągu dzisiejszej ul. Widokowej. Ta z pozoru doskonała pozycja obronna, miała jednak dwie wady: pofałdowany teren na południe od nich (umożliwiający skryte podejście oddziałów szturmowych przeciwnika) jak również "wiszący w powietrzu" ich zachodni skraj (umożliwiający obejście pozycji od strony Przybysławic i Zagród). Mając w swoim ręku wschodni skraj Garbowa (wzgórze 220 na południe od cmentarza parafialnego, stary cmentarz, Kościelisko oraz punkt obserwacyjny na wieży nowego kościoła), Rosjanie rozmieścili swoje oddziały w zabudowaniach miejscowości, wykorzystując w tym celu bieg Kurówki oraz stawy rybne w okolicach garbowskiego dworku nie było tu zapewne jednolitego ciągu okopów, a pojedyncze, umocnione punkty terenowe i zabudowania. Jeśli chodzi o te ostatnie, to główne siły obrońców skupiły się w budynkach znajdujących się wzdłuż głównej drogi, biegnącej przez Garbów. Była to wielce dogodna pozycja obronna, gdyż domy przy głównej szosie były osłonięte położoną na południe od nich doliną Kurówki, funkcjonującą niczym naturalna fosa. Górowały one także nad zabudową Garbowa Dolnego, w której zapewne także Rosjanie rozmieścili wysunięte placówki, z zadaniem opóźniania ataku przeciwnika z tej strony. Dodatkowym atutem tak poprowadzonej linii obronnej, były istniejące wówczas, podziemne połączenie pomiędzy Kościeliskiem i starym cmentarzem, umożliwiające skryte przemieszczanie oddziałów i wzmacnianie w razie potrzeby wysuniętej rosyjskiej placówki, utworzonej na ww. nekropolii (już wkrótce miało się to okazać bardzo potrzebne). Skraj pozycji na zachodnim skraju Garbowa wyznaczał nieistniejący dziś młyn wodny, znajdujący się wówczas nad stawami, w bezpośrednim sąsiedztwie dzisiejszego Hotelu Garbów oraz cmentarza wojennego. Całość założenia flankowała podwójna linia okopów na wzniesieniach wokół Marianki, uniemożliwiająca jakikolwiek większy atak na Garbów od strony zachodniej.


"Tradycyjnym" uzupełnieniem wykonanych prac fortyfikacyjnych było palenie zabudowań miejscowości, które znalazły się na przedpolu powstających linii obronnych celem oczyszczenia widoku na przedpole i pozbawienia przeciwnika możliwości ukrycia się. Do przewidzenia był zatem również los zabudowy Garbowa (choć zapewne odłożono go w czasie, z uwagi na rozmieszczenie w niej własnych oddziałów), jednak zaszło tutaj coś jeszcze. Otóż Rosjanie z reguły nie niszczyli zabudowań sakralnych (poprzestając na ograbieniu ich z dzwonów i innych cennych materiałów), które zresztą stanowiły doskonałe miejsce do obrony bądź obserwacji przedpola. Niestety, wyjątkiem od tej reguły stał się "stary" garbowski kościół p.w. św. Wojciecha, którego położenie na górującym nad okolicą Kościelisku, pomimo oczywistych walorów obronnych, okazało się być przeszkodą dla rosyjskich obserwatorów ulokowanych na wieżach położonego na wschód od niego, "nowego" kościoła p.w. Przemienienia Pańskiego. Okazała bryła kościoła powodowała bowiem "martwe pole" obserwacji w rejonie części wzniesień w ciągu dzisiejszej ul. Widokowej, na których 31 lipca pojawiły się dwa pułki węgierskiego Honwedu. Celem umożliwienia rosyjskim obserwatorom wglądu w ten, kluczowy zresztą, odcinek frontu, podjęto decyzję o spaleniu świątyni.
 

Przybyłe wieczorem 31.07 pod Garbów jednostki austro-węgierskiej 37 Dywizji Piechoty Honwedu (należącej do X Korpusu gen. Martiny'ego, dalej: DPH)), które w szybkim tempie rozlokowały się na wzgórzu 198, ujrzały przed sobą dobrze przygotowane gniazdo obrony: w centrum ufortyfikowane zabudowania Garbowa, flankowane na skrzydłach podwójnymi liniami okopów - z jednej strony na wzgórzach pod Marianką, z drugiej w rejonie wzniesień Kościeliska oraz starego cmentarza. Jedynym plusem dla okopanych na Widokowej Węgrów było zakryte przed wzrokiem Rosjan zapole ich pozycji, położone w dolinie od strony Gutanowa tędy można było swobodnie przerzucać rezerwy czy też rozmieścić artylerię (tę ostatnią ulokowano ostatecznie na wzgórzach na południe od Przybysławic, przy dzisiejszej drodze do Nałęczowa oraz pod Czesławicami). Jednak atak na wprost wydawał się dość trudnym przedsięwzięciem, stąd też znajdujące się tutaj węgierskie 12 i 32 Pułk Piechoty Honwedu początkowo zostały wstrzymane -  atakować mieli sąsiedzi. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, niemiecka 47 Rezerwowa Dywizja Piechoty (należąca do sąsiadującego VIII Korpusu gen. Scheuchenstuela) przełamała pierwszą linię rosyjskich pozycji pomiędzy niedalekim Markuszowem i Kurowem, zaś wieczorem 1 sierpnia, szturmem wzięła ich drugą linię pod Olempinem. Teraz wystarczyło powtórzyć to samo pod Garbowem, przełamując i - najprawdopodobniej - likwidując w ten sposób rosyjski front, biegnący wzdłuż szosy lubelskiej. Jednak to, co widzieli Sprzymierzeni, zauważali i rozumieli także Rosjanie. Co prawda była to tylko opóźniająca linia obrony, jednak ze względów strategicznych nie było mowy o oddaniu jej bez walki w wyniku jednego (póki co) włamania w jej strukturę. Tak więc pod Markuszowem na punktowe wniknięcie Niemców "założono opatrunek" z pułków 46 Dywizji Piechoty oraz części 3 Dywizji Grenadierów, zaś jednostki, obsadzające pozycje na wschód od nich w tym w pierwszej kolejności pod Garbowem - otrzymały rozkaz staranniejszego "przyłożenia się" do obrony zajmowanych pozycji.

Wspomniane jednostki, w postaci pododdziałów 12 Astrachańskiego Pułku Grenadierów (na wzgórzach rozciągających się od Cezaryna po Mariankę), 29 Czernichowskiego Pułku Piechoty (w zabudowaniach Garbowa) oraz 30 Połtawskiego Pułku Piechoty (pod Bogucinem) - "przyłożyły się"...

Jako pierwsze przekonały się o tym, przed południem 1 sierpnia, atakujące pod Bogucinem pułki 2 Dywizji Piechoty (dalej: DP) oraz nacierający od strony Przybysławic 18 Pułk Piechoty Honwedu wszędzie uzyskano jedynie niewielkie zdobycze terenowe, do tego w dużym oddaleniu od rosyjskich pozycji głównych. Około południa uruchomiono zatem również centrum ugrupowania Sprzymierzonych, tj. znajdujące się na wzgórzach na południe od Garbowa 12 i 32 Pułk Piechoty Honwedu (dalej: pphonw). I tutaj przechodzimy bezpośrednio do opisu działań w samym Garbowie...



Wyznaczeni do ataku honwedzi zajmowali, jak już tu było wspomniane, górujące nad okolicą pasmo wzniesień w ciągu dzisiejszej ul. Widokowej w Garbowie, z kulminacyjnym punktem wysokościowym 198. Z lewej strony, grzbietem wzniesienia wzdłuż współczesnej ul. Widokowej, okopały się bataliony 12 pphonw, na prawo od nich pozycje zajęły pododdziały 32 pphonw. Widok był imponujący:

"Osłonięta komunikacja jest znakomita, numer 198 jak mały zamek dominuje nad dalekim, pięknym krajobrazem. Pod nami szeroka, mokra, zielona łąkowa dolina z małymi stawami rybnymi oddzielonymi wałami. Przed nami kolorowe drewniane domy Garbowa, po lewej młyn, do którego prowadzi wysoki wał po błyszczącej od wody łące. Jeszcze bardziej w lewo inna mała wioska, Zagrody, dalej Przybysławice z dużym pałacem, kominem fabrycznym. Za nimi ogromne drzewa. Po drugiej stronie doliny wzgórza towarzyszą drodze Iwangorod-Lublin, pola orne."



Opadające w stronę Gutanowa, południowe zbocza ww. wzniesień tworzyły osłoniętą od strony Garbowa dolinkę, w której rozmieszczono węgierskie rezerwy, punkty opatrunkowe, sztaby, itd. Stanowiła ona także znakomitą linię komunikacyjną, którędy można było w razie potrzeby przerzucać posiłki lub kierować oddziały na inne odcinki z tej ostatniej opcji Węgrzy mieli wkrótce zostać zmuszeni skorzystać. Od frontu bowiem, atak wydawał się mieć delikatnie mówiąc niewielkie szanse powodzenia. Jak czytamy we wspomnieniach oficera 12 pphonw:

"(...)z Garbowa prowadzą ogień, z młyna słychać karabin maszynowy, ale wroga nigdzie nie widać. Daleko wokół majątku Marynka znajduje się główna linia Rosjan, ale między tym jest Garbów i jak tylko pokaże się jakikolwiek cel, z Garbowa od razu sypią się kule."

Do tego uaktywniła się również rosyjska artyleria, strzelająca z okolic Janowa i Woli Przybysławskiej, precyzyjnie kierowana przez obserwatorów na wieży kościelnej. Dzięki spaleniu kościoła św. Wojciecha mieli oni wgląd na węgierskie okopy w ciągu wzgórza 198 i mogli dokładnie wskazywać cele własnym artylerzystom - dodatkowym punktem orientacyjnym były drewniane słupy, na których honwedzi rozciągali kable telefoniczne. Funkcjonowanie na wzgórzach, pomimo względnie obronnej pozycji, było przez to mocno uciążliwe, stąd też austro-węgierska artyleria podjęła zdecydowane kroki zaradcze - ostrzelano zarówno kościół, jak i orientacyjne pozycje rosyjskiej artylerii pod Janowem, jednak nie wiadomo czy przyniosło to zadowalający efekt. W wyniku zmasowanego ostrzału mocno ucierpiał za to dach garbowskiej świątyni (na który spadła ponad setka pocisków), austriackie pociski podpaliły także młyn w Janowie.

Jednak wydarzenia najbliższych godzin miały zepchnąć na dalszy plan pojedynek rosyjskiej i austriackiej artylerii jak już wspomnieliśmy, okopani na wzgórzach honwedzi z 12 i 32 pphonw również dostali rozkaz włączenia się do ogólnego ataku na pozycje Rosjan, które chciano jak najszybciej przełamać. Jednak powiedzieć łatwo, gorzej wykonać garbowska twierdza wydawała się być za dnia nie do ruszenia od frontu, o czym szybko przekonały się kompanie atakującego po prawej stronie 32 pphonw. Dysponujący znakomitym polem ostrzału z zabudowań oraz górujących nad okolicą pozycji na Kościelisku i starym cmentarzu Rosjanie szybko przydusili je do ziemi i w krótkim czasie przybyło wielu węgierskich żołnierzy, "kwaterujących" dziś na cmentarzu wojennym w Garbowie. Trzeba było więc spróbować czegoś innego - na szczęście dla Węgrów z 12 pphonw, ten pułk z racji zajmowanych na lewym skrzydle pozycji, miał możliwość wyboru innej drogi. Taką było uzupełnienie ataku frontalnego manewrem okrążającym od południa przybysławickie stawy i uderzeniem na Garbów od zachodu, od strony Zagród. Co prawda ten kierunek flankowali astrachańscy grenadierzy, ze spokojem wypatrujący przeciwnika ze swoich okopów pod Marianką - jednak liczono, że te, oddalone od głównej drogi pozycje, nie zdołają poważnie przeszkodzić w ataku wzdłuż drogi Zagrody-Garbów. Wkrótce miało się okazać, że były to błędne założenia, jednak póki co honwedzi ochoczo przystąpili do realizacji powierzonego im zadania.
 


Ze wzgórza 198 wycofano w tym celu II batalion 12 pphonw, który skoncentrowano w znanej nam już dolinie od strony Gutanowa a następnie skierowano wzdłuż biegu Kurówki w stronę stawów przybysławickich. Jego miejsce zajął III batalion, który wkrótce rozpoczął atak po stoku wzgórza wprost na leżące poniżej zabudowania Garbowa. Węgrom udało się dotrzeć tu jednak tylko do zabudowań Garbowa Dolnego - tam utknęli pod ogniem Rosjan zajmujących położone wyżej pozycje w domach na północ od Kurówki oraz, przede wszystkim, w zamienionym na małą fortecę garbowskim młynie, osłoniętym dodatkowo stawem. Jedynym ratunkiem był zatem atak z flanki. Poszczególne kompanie II batalionu okrążyły w tym celu wspomniany akwen wodny, osiągając zabudowania Przybysławic na wysokości pałacyku Broniewskich, skąd następnie kierowały się w stronę Zagród, gdzie zajęły pozycje wyjściowe do ataku. Do tego momentu honwedom szło całkiem nieźle, jednak zdobycze terenowe skończyły się z chwilą ich pojawienia się na północnym skraju Zagród Rosjanie spod Marianki przywitali ich gęstym ostrzałem z broni ręcznej i maszynowej.
 


Dowódca II batalionu (i zarazem autor wspomnień pułkowych 12 pphonw) zdecydował się na rozciągnięcie frontu, wypełniając jednocześnie lukę, jaka powstała pomiędzy jego kompaniami a III batalionem. W rejon południowo-zachodniego narożnika Garbowa oraz znajdującego się tam młyna -fortecy skierowano podzieloną na dwie części, 6 kompanię:

"Dlatego, żeby zapewnić łączność między kompanią na wschodnim brzegu Zagród a III batalionem przy zachodnim narożniku Garbowa, rozkazuję porucznikowi Merkerowi wysłać pół 6-tej kompanii między jezioro Zagrody a Garbów. Jeden pluton idzie z Zagród, drugi z lewego sektora obrony na północ od Gutanowa. O 18:00 Merker rusza z Zagród. Chociaż prowadzi pluton etapami i indywidualnie, na otwartym, całkowicie pozbawionym osłon terenie poniósł duże straty. Docierając między jezioro a Garbów, okopał się. Pluton z Gutanowa - aby nie poniósł podobnych strat, został wysłany dopiero po zapadnięciu ciemności."

Na tym jednak postępy się zakończyły i 6 kompania podzieliła los III batalionu, zalegając pod ogniem obrońców i będąc zmuszonym do okopania się. Nigdzie nie znajdujemy wyjaśnienia, dlaczego w tej sytuacji nie skorzystano z dobrze przecież wstrzelanej artylerii i nie zniszczono za jej pomocą uciążliwego punktu oporu w garbowskim młynie, który uniemożliwiał jakiekolwiek zbliżenie się do zabudowań Garbowa od strony południowo-zachodniej... Być może zaważyły tu jakieś względy, o których nie wiemy. Równolegle z atakiem na młyn, honwedzi próbowali także posunąć się w stronę Marianki - z równie marnym skutkiem:

"Rosjanie w młynie w Garbowie i przy zabudowaniach przy szosie tak się zakopali, że ani od Lovasa [d-ca 2 kompanii 12 pphonw-przyp. aut.], ani od Merkerta nie można iść naprzód. Lovas próbował przebić się w kierunku Marynki jednym plutonem. Ale przy szosie, od strony młyna i drogi, pluton został ostrzelany ogniem karabinów maszynowych z boku, tak że zanim zdążył się okopać, połowa poległa. Druga połowa wróciła z dużym trudem, ale między nimi prawie nie było nikogo nie rannego."
 
(zdjęcie współczesne Zagrody) 

Był to koniec walk w tej części Garbowa. 2 sierpnia dowództwo Sprzymierzonych postanowiło spróbować szczęścia na wschód od tej miejscowości, wyprowadzając punktowe uderzenie na wzgórza pomiędzy Garbowem i Bogucinem. Ponieważ te działania zostały już opisane w innym artykule, pozwolę sobie tym razem je pominąć. Tkwiący w zabudowaniach Zagród oraz na południowo-zachodnich i południowych podejściach do Garbowa Węgrzy, ograniczyli się do utrzymania stanu posiadania oraz krycia się przed sporadycznym rosyjskim ostrzałem.

Szturm z 2 sierpnia również nie przyniósł rozstrzygnięcia, jednak upragnione dla Austriaków przesilenie nastąpiło w nocy z 2 na 3 sierpnia, kiedy to obsadzające Mariankę, Garbów i Bogucin oddziały rosyjskie otrzymały rozkaz odwrotu na kolejną linię obrony, pozostawiając jedynie wysunięte straże tylne pod Marianką i Karolinem oraz wciąż czujną artylerię. Honwedzi pod Garbowem, zauważywszy nagłe ucichnięcie wystrzałów, szybko skojarzyli je z prawdopodobnym odwrotem przeciwnika - nad ranem 3 sierpnia, w stronę wrogich okopów ruszyły pierwsze patrole, potwierdzając ten fakt i odkrywając z wolna obraz niedawnego pola bitwy:

"O godzinie 4 rano patrole rzeczywiście zastały pozycje rosyjskie w Garbowie puste. Tym bardziej prowadzą ogień od strony Marynki. Zgłosiłem to pułkowi, a na jego rozkaz zajmuję drogę główną (...) z 5 i połową 6 kompanii: 5 kompania na prawo od skrzyżowania drogi Zagrody, pół 6-tej na lewo. (...) Artyleria rosyjska natychmiast strzela, gdy widzi ruch przed wsią lub na drodze krajowej. Z przodu na skrzyżowaniu drogi leży obok siebie sześciu żołnierzy z plutonu wysłanego poprzedniego wieczoru przez Lovasa. W rękach mają white w ziemię szpadle, trafione zostały śmiertelnym strzałem z serii."

Pojawiły się pierwsze dane o stratach 12 pphonw: "w ataku 1 sierpnia II batalion poniósł straty w wysokości 75 żołnierzy, III batalion - 25, a pułkowi pozostało 520 karabinów. Największe straty pod Zagrodami poniosły 2. i 6. kompania".
Można przyjąć, że straty atakującego w dużo gorszych warunkach 32 pphonw były co najmniej zbliżone, zaś straty Rosjan o wiele niższe.

Oddziały austro-węgierskie zajęły spalone zabudowania Garbowa, jednak tkwiące wciąż pod Marianką straże tylne Rosjan wciąż utrudniały rozpoczęcie pełnoskalowego pościgu za uchodzącym przeciwnikiem. Celem ostatecznego "rozwiązania problemu" o godzinie 16 rzucono na wzgórza pod folwarkiem dwa pułki piechoty (15 pphonw z 37 DPH i jeden z pułków 24 DP):

"Atakują sześcioma tysiącami karabinów na przestrzeni 2000 kroków, o 16:00 rozpoczęto atak, ale na szczęście wszystko ucichło."

Pozostający jeszcze w okopach Rosjanie nie zamierzali walczyć z taką masą piechoty i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, wycofali się w stronę sił głównych pod Abramowem i Kamionką, osłaniając się pożarami, wzniecanymi wśród lokalnej zabudowy. Odwrót carskich, jakkolwiek dobrze zaplanowany, odbywał się jednak w dużym pośpiechu, o czym przekonali się honwedzi z 12 pphonw, przekraczający kolejnego dnia (tj. 4 sierpnia) niezdobyte do tej pory fortyfikacje pod Marianką:

"W południe również my składamy namioty, idziemy przez folwark Marynka. Wygląda na to, że Rosjanie tym razem nie wycofali się według zwykłego planu, ponieważ na stanowiskach pozostało dużo trupów i mnóstwo amunicji, podczas gdy wcześniej może by ją nawet zebrali, nie zostawiając ani jednej łuski."

W takich to okolicznościach front odsunął się na północ od Garbowa i więcej tu podczas tej wojny nie powrócił.

Zastanawiając się nad losem mieszkańców Garbowa podczas opisanych wydarzeń, można założyć że były one tożsame z losem mieszkańców innych frontowych miejscowości. W toku letniego odwrotu w 1915 r. Rosjanie praktykowali taktykę "spalonej ziemi", połączoną z ewakuacją na Wschód miejscowej ludności oraz lokalnego dobytku.
W praktyce wyglądało to różnie: miejscowości "frontowe" były z reguły niszczone, przede wszystkim ze względów taktycznych (likwidacja "martwych pól" ostrzału, pozbawienie przeciwnika osłony, itp.), miejscowości "pomiędzy" miały nieco większą szansę na ocalenie (zależało to m.in. od pośpiechu, w jakim działali podpalacze, a także przedsiębiorczości lokalnych gospodarzy, którzy często potrafili wykupić się od podpalenia, czy to pojedynczego domu, czy to całej wsi).
Podobnie było z lokalną ludnością - odgórnie wysiedlenia obejmowały wszystkich, zwłaszcza młodych, jednak w praktyce nikt nie zamierzał szarpać się z opornymi, w sytuacji kiedy zza opłotków w każdej chwili mogły pojawić się wrogie patrole. W tej sytuacji na Wschód pojechali przede wszystkim ci, którzy bali się przeciwstawić Kozakom, bądź Austriaków bali się jeszcze bardziej. Reszta kryła się w prowizorycznych schronieniach wokół domostw, bądź z całym dobytkiem zapadała w okoliczne lasy, czekając na przejście frontu.
 

Jak było w przypadku Garbowa i jego mieszkańców? Jako miejscowość "frontowa", do tego będąca obiektem austriackiego szturmu, został z pewnością w dużej części spalony. Mało prawdopodobnym wydaje się być podpalanie zawczasu przez Rosjan zabudowań, w których zamierzali się bronić (poza tym, wspomnienia przybyłych pod Garbów honwedów nie wzmiankują o istniejących pożarach), stąd też można przypuścić, że dzieło zniszczenia rozpoczęła austro-węgierska artyleria, wspierająca przez 3 dni atak własnych oddziałów na Garbów - wyjątkiem było tu wspomniane już spalenie zawczasu przez Rosjan kościoła św. Wojciecha, być może razem z jakimiś pojedynczymi domami, znajdującymi się w oddaleniu od głównej zabudowy i nie włączonymi w system obronny. Całości zniszczenia dopełnili Rosjanie dopiero podczas własnego odwrotu, podpalając ocalałą resztę zabudowy i chcąc w ten sposób osłonić wycofanie swoich jednostek oraz utrudnić pościg przeciwnikowi. Nie zawsze czyniono to beznamiętnie, jednak rozkaz był rozkazem...
Przykładem tego są wspomnienia, przytoczone jednego ze współczesnych mieszkańców: "(...) rankiem dziadek podsłuchiwał budzących się w stodole żołnierzy. Jeden  nich głośno "podziwiał" sposób i dokładność wykonania strzechy która była zrobiona widocznie z misterniej niż zwykle kręconych snopeczków. Patrząc na nią na koniec powiedział mniej więcej "Mój Boże, tyle ludzkiej roboty a my to wszystko musimy spalić" Stąd też nastoletni wówczas dziadek dowiedział się jaki los w najbliższych dniach czeka ich gospodarstwo."
 



Co się tyczy mieszkańców na pewno Rosjanie mieli czas "zająć się" nimi nieco dokładniej... Trudno zatem przypuścić, by pozwolono zostać komuś w obrębie samej zabudowy (hipotezą pozostaje jedynie ukrycie się jakiejś części mieszkańców w podziemiach kościoła św. Wojciecha), zatem pierwszym przystankiem dla tych, którzy chcieli uniknąć wysiedlenia było ukrycie się gdzieś w lasach pod Wolą Przybysławską i Borkowem. Ilu z tego skorzystało nie wiadomo, wiemy jednak z opublikowanych wspomnień, iż część mieszkańców ukryła się w lasach za Borkowem, rozkopując następnie okoliczne groble i czyniąc w ten sposób swoją kryjówkę niedostępną dla ewentualnych prześladowców.

Pamiątką po tamtych wydarzeniach jest cmentarz wojenny obok Hotelu Garbów. Założono go na planie prostokąta o wymiarach około 38 na 29 m. Pierwotnie składał się z dwóch kopców i 10 mogił, obecnie część mogił zatarta. W 1928 r. okoliczna ludność postawiła na cmentarzu kapliczkę. Obecnie ogrodzony siatką, na kilku mogiłach ustawiono drewniane krzyże. Na cmentarzu pochowano pierwotnie tylko żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich, poległych w pierwszych dniach sierpnia 1915 r. w walkach pod Garbowem. W roku 1930 przeniesiono tu szczątki ponad 100 żołnierzy austro-węgierskich i rosyjskich z cmentarza w Jastkowie. Z uwagi na rozbieżności w dostępnych danych co do liczby pochowanych tu żołnierzy obydwu armii, trudno jest podać precyzyjną liczbę spoczywających tu żołnierzy - szacunkowo należy przyjąć liczbę min. 300 pochowanych (w tym ok. 250 żołnierzy armii austro-węgierskiej). 

Źródła:
  1. Deseő Lajos: A m. kir. szatmári 12. honvéd gyalog ezred, valamint menet- és népfölkelő ezredeinek története, Budapest, 1931;
  2. Żurnał wojennych diejstwij 12-go Grenadierskogo Astrachanskogo Połka z 1-go januara po 31 augusta 1915 r., rękopis na www.gwar.mil.ru;
  3. Österreich-Ungarns letzter Krieg 1914-1918. Zweiter Band, Das Kriegjahr 1915, Wien 1931;
  4. A világháború 1914-1918, Budapest 1928-1942;
  5. Ks. Gabrel Antoni sdb, "Mąż sumienny i gorliwy. Ks. Aleksander Drozd", Warszawa 2012;
  6. Strona internetowa Parafii Garbów: www.garbow.parafia.info.pl;
  7. informacje własne Autora.
#garbów #1915 #Iwojnaświatowa #honwed #marianka 

sobota, 12 września 2026

Bitwa pod Bogucinem 1-2 sierpnia 1915 r.

Przełamanie rosyjskiego frontu przez połączone armie niemiecką i austro-węgierską, do którego doszło w maju 1915 r. pod Gorlicami, zapoczątkowało wielki odwrót rosyjskich armii z terenów Galicji i Królestwa Polskiego, w wyniku którego carskie oddziały, cofające się od jednej do drugiej linii obrony, w początkach sierpnia 1915 r. stanęły na jednej z takich rubieży, ciągnącej się wzdłuż szosy z Lublina do Puław. Założeniem carskich sztabowców było zyskanie uporczywą obroną jak najwięcej czasu, potrzebnego na ewakuację na Wschód jak największej ilości zasobów materialnych i ludzkich z terenów Królestwa Polskiego - w praktyce przejawiało się to zaciętą obroną rosyjskich dywizji na kolejnych, zawczasu przygotowanych liniach obrony, po której Rosjanie, starając się maksymalnie wykrwawić przeciwnika, odskakiwali kilkanaście kilometrów do tyłu, by powtórzyć ten manewr na kolejnym pasie umocnień polowych. W ten sposób 30 lipca 1915 r. przybyli oni pod Garbów, obsadzając umocnienia wykonane wzdłuż wspomnianej wcześniej szosy lubelskiej.

 

Przemieszana z uchodźcami austro-węgierska kawaleria na przedpolach Bogucina latem 1915 r.

Celem niniejszego artykułu nie będzie jednak pełny opis walk, toczonych w tych dniach pod Garbowem – tym zajmiemy się innym razem. W tym opracowaniu skupimy się wyłącznie na kluczowym dla całości zmagań odcinku, leżącym pomiędzy Garbowem i Bogucinem, ze szczególnym uwzględnieniem jednego z epizodów tych walk - mało znanego opinii publicznej, acz doniosłego z racji uczestniczących w nim osób. Austriacy stracili bowiem pod Bogucinem dowódcę jednego z uczestniczących w wymienionych walkach pułków, co było dość niezwykłe, zważywszy na charakter walk, toczonych latem 1915 r. w tej części Lubelszczyzny. O ile bowiem straty wśród najwyższych szczebli korpusu oficerskiego nie były podczas l wojny światowej czymś nadzwyczajnym, to jednak pościgowy charakter walk na Lubelszczyźnie na przełomie lipca i sierpnia 1915 r. oraz nastawienie Rosjan bardziej na opóźnianie przeciwnika niż długotrwały opór w jednym miejscu, powodowały, że głównodowodzący walczącymi jednostkami nie mieli zbyt wielu okazji do osobistego inspirowania podległych sobie oddziałów – nie mówiąc już o śmierci na polu bitwy. Zdarzały się jednak wyjątki – a jeden z nich miał miejsce 2 sierpnia 1915 r. właśnie pod Bogucinem.

Zanim przedstawimy głównego bohatera naszej opowieści, przyjrzyjmy się sytuacji na froncie pod Garbowem, która ukształtowała się pod koniec lipca 1915 r. Wytyczone przez carskich inżynierów linie polowych fortyfikacji ciągnęły się od Lublina początkowo po południowej stronie szosy lubelskiej, wzgórzami wzdłuż doliny Ciemięgi, by na wysokości Bogucina skręcić na północ i w Garbowie przejść na jej północną stronę, by biec tamtędy dalej przez Markuszów, Kurów i Końskowolę w stronę Puław (patrz mapka poniżej).

 

"Garbowski" odcinek frontu znajdował się w pasie natarcia austro-węgierskiego X Korpusu (d-ca gen. Martiny), w skład którego wchodziły 2 i 24 Dywizje Piechoty (dalej: DP) oraz 37 Dywizja Piechoty Honwedu (dalej: DPH) – konglomerat narodowości, z dużym udziałem Polaków i Węgrów. Ich przeciwnikiem były tu pododdziały rosyjskich 3 Dywizji Grenadierów (12 Astrachański Pułk Grenadierów) oraz 8 Dywizji Piechoty (29 Czernichowski Pułk Piechoty oraz 30 Połtawski Pułk Piechoty). Sprzymierzeni podjęli działania zaczepne na odcinku Puławy-Lublin już 31 lipca 1915 r., jednak zauważalny sukces odniosły tylko oddziały sąsiadującego z X Korpusem od zachodu VIII Korpusu (d-ca gen. Scheuchenstuel), przełamując pod pobliskim Markuszowem pierwszą linię rosyjskich umocnień i odrzucając przeciwnika na kolejną rubież obronną w pewnym oddaleniu na północ od szosy lubelskiej. Jednak na tym sukcesy Sprzymierzonych się kończyły – świadomi zagrożenia Rosjanie nie mogli pozwolić sobie na kolejne przełamanie swoich linii, zwłaszcza na sąsiednich odcinkach, w tym na odcinku garbowskim. Broniące się tu carskie pułki postawiły wojskom austro-węgierskim twarde warunki i nie dały się wyrzucić z zajmowanych stanowisk - ani wskutek rozpoznawczych ataków 31 lipca, ani w wyniku generalnego szturmu 1 sierpnia, kiedy to 37 DPH utknęła na wzgórzach na południe od Garbowa, zaś 2 DP, po zaciętych walkach, zdołała tylko nieznacznie zbliżyć się do rosyjskich umocnień wokół Bogucina i zaległa wpół drogi pomiędzy stanowiskami wyjściowymi i pozycjami przeciwnika.

Sytuacja stała się w ten sposób patowa - tkwiący pod Garbowem Rosjanie flankowali od wschodu pozycje zwycięskiego VIII Korpusu, nie pozwalając mu na swobodne kontynuowanie natarcia w kierunku północnym. Pojawiły się zatem naciski, by coś z tym zrobić... Zdecydowano się zatem na wykonanie punktowego uderzenia w dniu 2 sierpnia 1915 r., które miało rozerwać carskie linie obronne i wyjść na ich tyły, zmuszając Rosjan do porzucenia stanowisk na pozostałym im jeszcze odcinku szosy lubelskiej. Rzut oka na mapę podpowiedział miejsce ataku: zdecydowano się uderzyć tym razem na wąskim odcinku pomiędzy Garbowem i Bogucinem, na północ od którego znajdowała się rozległa nizina w okolicy miejscowości Karolin. W razie powodzenia korzyść była wielka - Austriacy wbiliby w ten sposób klin pomiędzy Rosjan usadowionych w Garbowie oraz tkwiących na wzgórzach nad Ciemięgą i zyskaliby swobodę manewru na tyły jednych i drugich, co momentalnie rozmontowałoby całą rosyjską obronę aż po sam Jastków.

Na papierze plan był niezły. Przejdźmy zatem do jego wykonawców... Jak już wspomnieliśmy, po zaciętych, acz nie zakończonych powodzeniem walkach z 1 sierpnia gen. Martiny miał w pierwszej linii pod Garbowem dwie dywizje: 37 DPH na lewym skrzydle (na południe od Garbowa) oraz 2 DP na prawym skrzydle (na odcinku Garbów-Ługów). Trzecia dywizja Korpusu (24 DP), znajdowała się w rezerwie. Plan zakładał, że uderzenie przeprowadzić mają wspólnie 2 DP oraz 24 DP, przy czym tej pierwszej przypadł pozorowany atak na znajdujące się na południowy-wschód od Bogucina wzgórza pod Sługocinem i Wysokiem. Przełamujący atak na odcinku Garbów-Bogucin wykonać miała wypoczęta 24 DP, która w tym celu miała przejść przez znajdujące się pomiędzy Ługowem i Bogucinem, polowe pozycje 2 DP – w takim kształcie, jakie pozostały po walkach z dnia poprzedniego.

Rosyjskie pozycje obronne na odcinku, który miał zostać przełamany, obsadzał carski 30 Połtawski Pułk Piechoty, którego dowódca, generał major Bołdyriew, rozmieścił w pierwszej linii pod Bogucinem 3 bataliony, czwarty zatrzymując w rezerwie pod folwarkiem Bogucin. Artyleria pułkowa oraz sztab znajdowały się pod Karolinem, tam gdzie Austriacy tak bardzo chcieli dotrzeć.

                           Orientacyjny przebieg rosyjskich umocnień pod Bogucinem

Widok od strony Kolonii Ługów na fragment rosyjskich pozycji ze wzgórzem 222

Rosjanie zajmowali umocniony prowizorycznymi okopami (z braku czasu nie wykonano na nich m.in. daszków przeciwszrapnelowych, poprzestając na zasiekach z drutu kolczastego) pas wzniesień, biegnących od południowego krańca Bogucina, równolegle do jego zabudowań w kierunku północno-zachodnim - pozycję wieńczyło ufortyfikowane wzgórze 220, położone w sąsiedztwie dzisiejszej ul Chabrowej w Garbowie. Na wzgórzu znajdował się dodatkowo stary cmentarz, który jeszcze bardziej podnosił jego walory obronne. Rosyjskie rezerwy w sile jednego batalionu, zostały umieszczone w zabudowaniach folwarku Bogucin - okolicach dzisiejszej stolarni w Bogucinie. Dodatkowym wzmocnieniem linii obrony były sekcje karabinów maszynowych, rozmieszczone wraz z obserwatorami artyleryjskimi na górujących nad polem bitwy lipach. Źródła archiwalne wspominają o dwóch liniach rosyjskich umocnień: pierwsza z nich, biegnąca wzgórzami na zachód od Bogucina, była linią opóźniającą, dopiero druga, ciągnąca się od współczesnego cmentarza parafialnego za pierwszą linię zabudowań, była linią główną. Nie mamy pewności czy były to dwie bliźniacze linie okopów, czy też (w zależności od ukształtowania terenu) carscy inżynierowie zdecydowali się miejscami w ich zastępstwie na tak lubiane przez nich, polowe reduty, przystosowane do obrony okrężnej. Ukształtowanie terenu podpowiada np., że taką właśnie redutę wybudowano na wzgórzu 220 – 1 sierpnia jej obrońcy odparli szturm wojsk austro-węgierskich, dopiero powtórny atak w dniu kolejnym doprowadził do jej upadku (o tym za chwilę). Z kolei druga linia była raczej na pewno ciągiem rowów strzeleckich, których wykonanie opisałem powyżej.

                Podejście od strony ul. Kościelnej na wzgórze 220
 

Które jednostki austro-węgierskie wzięły udział w ataku? Wiele pozostaje tu w sferze domysłów. Z racji długości oraz ukształtowania odcinka, zajmowanego przez 2 DP (1/3 Bogucin oraz 2/3 Sługocin i Wysokie), można założyć, że ta trzypułkowa dywizja do ataku przeznaczyła "pełną" 4 Brygadę Piechoty, w skład której wchodziły jarosławskie pułki 89 i 90. Nie znamy również wszystkich jednostek, jakie do zaplanowanego na 2 sierpnia ataku wyznaczył dowódca atakującej na Bogucin 24 DP, jednak z uwagi na rozciągłość odcinka, na jaki miało spaść natarcie (ok. 2 kilometry), a także z uwagi na konieczność zachowania jednolitego dowodzenia, była to zapewne jedna brygada piechoty (tj. dwa pułki). Która? Z racji tego, że wiemy o udziale w ataku samborskiego 77 Pułku Piechoty, a także z uwagi na liczne pochówki żołnierzy przemyskiego 10 Pułku Piechoty na cmentarzu w Drzewcach, możemy założyć że w ataku brała udział sformowana z tych dwóch pułków 48 Brygada Piechoty. Całość sił uderzeniowych (w której znaczny udział mieli Polacy z Galicji – w pułku przemyskim stanowili oni ponad 40% jego kadry) uzupełniała dobrze wstrzelana artyleria, która od 1 sierpnia prowadziła ostrzał rosyjskich pozycji, wzmagając go po rozpoczęciu szturmu. 

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy austro-węgierskiej artylerii. Wiemy, że atak wspierały artylerie dywizyjne zarówno 2 DP jak i 37 DPH. Pozycje tej drugiej znajdowały się pod Przybysławicami, jednak na podstawie aktualnie dostępnych źródeł nie sposób wskazać, gdzie znajdowały się stanowiska wspierającej atak 2 Brygady Artylerii Polowej (29 Pułk Armat Polowych, 1 dywizjon 10 Pułku Haubic Polowych) - być może uda się to ustalić w przyszłości. Wiemy natomiast, że pod jej ostrzał dostała się cała pierwsza linia oraz część drugiej linii pozycji rosyjskich pod Bogucinem. Świadczą o tym liczne znaleziska kulek szrapnelowych oraz "szklanek" po tych pociskach, odkrywane zarówno na polach na zachód od Bogucina, jak również za pierwszą linią współczesnej zabudowy - m.in. w rejonie dawnego folwarku. Na pewno ostrzał artyleryjski znacznie utrudnił Rosjanom obronę (w materiałach pułku połtawskiego jest wzmianka o uszkodzeniach ziemnych fortyfikacji, które trzeba było na bieżąco naprawiać), jednak nie był na tyle silny, by przydusić ich do ziemi i pozwolić własnej piechocie dojść na odległość, pozwalającą na przełamanie carskich pozycji atakiem na bagnety - z dwoma wyjątkami, o których będzie już niedługo.

W tym momencie pora przedstawić głównego bohatera tej opowieści, którym będzie pułkownik Leonhard Rebhahn (na zdjęciu poniżej), dowódca wspomnianego 77 Pułku Piechoty. Kilka słów o nim samym. Urodził się w Wiedniu w roku 1862. Ceniony instruktor w szkole wojskowej, I wojnę światową rozpoczął jako dowódca 12 Pułku Piechoty Landsturmu. Odznaczył się w bitwie pod Tarnawką we wrześniu 1914 r., gdzie został ranny. Po rekonwalescencji, powrócił na front w lutym 1915 r. jako dowódca 27 Pułku Piechoty - pozostawał nim do kwietnia tego roku, kiedy to został chwilowo odwołany do Wiednia, a niedługo później został wyznaczony na dowódcę 77 Pułku Piechoty, na którego czele znalazł się na początku sierpnia pod Garbowem. W toku swojej służby dał się poznać jako wyjątkowo odważny oficer, dbający przy tym o swoich żołnierzy, z którymi często dzielił trudy działań wojennych. Tak żył jako dowódca, tak też jako dowódca zginął...



Otrzymawszy rozkaz do przygotowania podległych mu jednostek do ataku, pułkownik Rebhahn wydzielił w tym celu ze swojego pułku grupę bojową, liczącą łącznie 6 kompanii piechoty (w warunkach trwających od roku działań wojennych było to zapewne ok. 1000 żołnierzy) - podobny rozkaz otrzymał niewątpliwie dowódca 10 Pułku Piechoty. Koncentracja oddziałów przeznaczonych do natarcia miała najprawdopodobniej miejsce w lesie pod Ługowem (zdjęcie poniżej)

 

celem jej ukrycia przed rosyjskimi obserwatorami, rozlokowanymi na wieży garbowskiego kościoła oraz na wysokich lipach (zdjęcie), którymi obsadzona była droga w okolicy Bogucina. Nie wiadomo na ile maskowanie odniosło skutek, jednak zachowała się relacja o skierowanym na las rosyjskim ostrzale artyleryjskim "ponieważ obserwatorzy coś zauważyli" - bardzo możliwe, że chodziło tu o ostrzał szykujących się do ataku kompanii z 77 i 10 Pułku Piechoty. Jeśli tak było faktycznie, to Austriacy dostali w ten sposób sygnał, że przeciwnik jest czujny i może coś podejrzewać - rozkazy pozostały jednak niezmienione. Tuż przed atakiem, pułkownik Rebhahn udał się na zajmowane (od czasu szturmu z dnia poprzedniego) przez żołnierzy 2 DP niewielkie wzgórze, celem przeprowadzenia osobistego rekonesansu linii przeciwnika - chodzi najprawdopodobniej o wzgórze, znajdujące się po prawej stronie szosy z Ługowa do Garbowa, na wysokości dzisiejszej ulicy Głębokiej w Garbowie

 

Na nic zdały się protesty adiutantów, wskazujących na oczywiste niebezpieczeństwo pieszej wyprawy na wzgórze, leżące w zasięgu wrogiego ostrzału - pułkownik skwitował to krótko: "Gdzie są moje dzieci, tam i ja muszę być", po raz kolejny udowadniając swoją bliską więź z podkomendnymi. Co więcej, pułkownik nie dał się również odwieść od zamiaru osobistego poprowadzenia szturmu - czy chodziło tu o bycie blisko idących na śmierć swoich żołnierzy, czy też o świadomość doniosłości planowanego ataku i ambicji, by doprowadzić do jego sukcesu? Nie wiadomo. Jakby nie było, po zorientowaniu się w przebiegu nieprzyjacielskich pozycji, około godziny 17.00 pułkownik Rebhahn wydał swój ostatni rozkaz. Osłaniane ogniem własnej artylerii tyraliery żołnierzy 77 Pułku (prowadzone w pierwszej linii przez swojego dowódcę) oraz sąsiadujące z nimi z prawej strony kompanie 10 Pułku, wyruszyły spod Ługowa i przekraczając linie towarzyszy broni z 2 Dywizji, ruszyły pofałdowanym terenem w stronę Bogucina. Charakterystyczny dla przyszłego pola bitwy był płytki wąwóz, biegnący równolegle do dzisiejszej ul. Chabrowej – zapewne w naturalny sposób wyznaczał on strefy ataku dla nacierających pułków: 77 Pułk nacierał wprost na północ, w kierunku rosyjskich umocnień na wzgórzu 220, 10 Pułk - na północny-wschód, w kierunku południowych obrzeży Bogucina. Po przekroczeniu linii wzgórza, z którego jeszcze niedawno Rebhahn obserwował rosyjskie pozycje, Austriacy zostali dostrzeżeni przez rosyjskich obserwatorów i wkrótce dostali się pod intensywny ostrzał rosyjskiej artylerii - padli pierwsi ranni i zabici, poszatkowani odłamkami i kulkami szrapnelowymi. Rosyjska piechota - wzorując się na działaniach z dnia poprzedniego - odczekała nieco dłużej i dopiero gdy przeciwnik dotarł do zasieków z drutu kolczastego i znalazł się w zasięgu skutecznego strzału, otworzyła wzdłuż całej linii krzyżowy ogień z broni ręcznej i maszynowej. Atak 77 Pułku się zachwiał, jego żołnierze zostali zmuszeni do rozproszenia się, jednak natarcie się nie zatrzymało, docierając ostatecznie do carskiej reduty na wzgórzu 220. Broniący się tu z powodzeniem poprzedniego dnia Rosjanie zostali ostatecznie wyparci z zajmowanych pozycji, wycofując się na odległą o ok. 300 m, drugą linię obrony, biegnącą przez teren dzisiejszego cmentarza parafialnego – na zdobycie tej drugiej linii wyczerpani oraz ostrzeliwani z flanki Austriacy nie mieli już sił, zalegając na zdobytych z takim trudem umocnieniach pierwszej linii. Nie mamy co prawda źródłowych informacji o postępach sąsiedniego, 10 Pułku, jednak dokonane na polu bitwy współczesne znaleziska (kulki szrapnelowe, austro-węgierskie i rosyjskie łuski i pociski, a także pozostałości austro-węgierskich granatów nasadkowych) i ich rozmieszczenie, wskazują, że również jemu udało się przełamać pierwszą linię rosyjskich okopów w rejonie wzgórza 222 oraz przypuścić szturm na znajdującą się na wschód od niego drugą linię fortyfikacji - jednak pod gradem rosyjskich szrapneli i kul karabinowych (być może miejscami dochodziło nawet do walk na bagnety - z rosyjskiego dziennika bojowego sąsiedniego, 31 Aleksiejewskiego Pułku Piechoty wynika bowiem, że tego dnia rosyjskie dowództwo skierowało pod Bogucin z korpuśnej rezerwy jeden batalion 32 Krzemieńczudzkiego Pułku Piechoty, być może właśnie w celu czynnego zapobieżenia przełamaniu własnej drugiej linii przez żołnierzy 10 pp), austro-węgierskie tyraliery i tutaj musiały się wycofać, zalegając w zdobytych rowach strzeleckich pierwszej linii umocnień.

Pułkownik Leonhard Rebhahn nie przeżył wspomnianego ataku, stając się jednym z niewielu dowódców pułku, którzy polegli w toku toczonych w tym okresie Wielkiej Wojny działań. Jak zginął? Na podstawie nielicznych dokumentów trudno powiedzieć - być może padł już w pierwszych chwilach ataku, gdy tyraliery 77 pułku dostały się pod ostrzał rosyjskiej artylerii, być może stało się to nieco późnej, gdy do akcji włączyły się carskie karabiny, a być może poległ dopiero w decydującej fazie bitwy, starając się podtrzymać atak swoich ludzi na pozycje I batalionu "połtawców" na wzgórzu 220... Zapewne nigdy się tego nie dowiemy. Możemy jedynie z dużą dozą prawdopodobieństwa wskazać rejon, gdzie to się mogło wydarzyć: prostokątny obszar o wymiarach mniej więcej 1000x400 m, dziś pola uprawne pomiędzy Garbowem i Bogucinem. Można się zastanawiać na ile śmierć Rebhahna na polu bitwy okazała się motywująca dla jego żołnierzy – niewykluczone, że właśnie w jej wyniku samborczyków opanował taki szał bitewny, dzięki któremu wdarli się na niezdobyte do tej pory wzgórze 220.

 

Widok ze wzgórza 220 w stronę południową, z kierunkami ataku obydwu pułków austro-węgierskich

Dalszych ataków Austriacy już w tym miejscu nie podejmowali. Nocą z 2 na 3 sierpnia Rosjanie otrzymali rozkaz do odwrotu spod Bogucina na przejściową, kolejną linię obrony pod Karolinem, skąd nocą z 3 na 4 sierpnia, dokonali kolejnego odskoku na następną linię fortyfikacji polowych pod Kamionką. Z kolei uczestniczący w ataku na Bogucin żołnierze 77 Pułku Piechoty już wkrótce mieli otrzymać okazję by pomścić swego dowódcę – 7 sierpnia uderzając na nowe pozycje rosyjskie pod Abramowem. Ich byłego dowódcę przewieziono 3 sierpnia do Nałęczowa, gdzie spoczął na tamtejszym cmentarzu parafialnym – z którego został na życzenie małżonki ekshumowany w grudniu 1915 r., by spocząć w kwaterze wojennej na wiedeńskim Cmentarzu Centralnym (Wiener Zentralfriedhof). Pułkownik Leonhard Rebhahn za swoją wybitną służbę został odznaczony pośmiertnie Orderem Leopolda. 

W całej historii na uwagę zasługuje jeden wyjątkowy zbieg okoliczności. Jak już wspomniano, 2 sierpnia pułkownik Leonhard Rebhahn prowadził natarcie na wzgórze 220, na którym jeszcze w XVIII wieku znajdowała się przycmentarna kapliczka św., nomen omen, Leonarda – według tradycji, miejsce objawienia się świętego. Po jej likwidacji, obraz św. Leonarda został przeniesiony do garbowskiego kościoła św. Wojciecha, w którym spłonął, podczas wywołanego przez Rosjan 30 lipca 1915 r. pożaru, w ramach oczyszczania przedpola przed nadchodzącą bitwą. A 3 dni później, Leonhard Rebhahn zginął w walce, w której nie musiał uczestniczyć, niemal w miejscu, w którym dawniej znajdował się wspomniany obraz jego świętego imiennika. Nie było dane Rebhahnowi spotkać się z ziemskimi pamiątkami po patronie, za to spotkał się z nim osobiście.

Cześć jego pamięci, jak również wszystkim poległym w tych dniach pod Bogucinem. Nie zapominajmy, że wielu z nich było naszymi rodakami, którzy nie mieli tej okazji, by walczyć za wolną Polskę w legionowym mundurze...


Źródła:

  1. Österreich-Ungarns letzter Krieg 1914-1918. Zweiter Band, Das Kriegjahr 1915, Wien 1931
  2. Ehrenhalle des k.k. Landwehr, des k.k. Landsturmes und der k.k. Gendarmerie, Heft 4: Territorialbereich Leitmeritz, 1916
  3. Żurnał wojennich diejstwij 30-go piechotnogo połtawskogo połka z 2 febralja 1915 po 31 oktiabrija 1915 goda, rkps
  4. Sołdek Jerzy, W sprawie grobu żołnierzy poległych w sierpniu 1915 r. w Czesławicach, w: “Gazeta Nałęczowska” październik 2007
  5. A világháború 1914-1918, Budapest 1928-1942 
#bogucin #garbów #1915 #Iwojnaświatowa #rebhahn

wtorek, 4 sierpnia 2026

Markuszów w ogniu działań wojennych w okresie od 31 lipca do 3 sierpnia 1915 r.

Dzięki prowadzonym na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat poszukiwaniom w niemiecko- i rosyjskojęzycznych materiałach archiwalnych, udało się dość precyzyjnie zrekonstruować przebieg działań bojowych w okolicach Markuszowa podczas I wojny światowej. Położona przy historycznym trakcie z Lublina do Puław miejscowość została podczas tego konfliktu poważnie zniszczona, wskutek znalezienia się na przełomie lipca i sierpnia 1915 r. na linii niemiecko-rosyjskiego frontu, a do tego po sąsiedzku z miejscem punktowego przełamania rosyjskich linii obronnych, które miało miejsce w dniach 31 lipca - 3 sierpnia 1915 r. na polach pomiędzy Markuszowem a Kurowem. Wspomniana bitwa była kilkakrotnie i ze szczegółami opisywana na niniejszym blogu, osobny wątek stanowił także opis działań na wschód od Markuszowa – jednak z powodu braku materiałów źródłowych, „białą plamą” pozostawał do tej pory los samego Markuszowa. 

W tym artykule pokusimy się o zebranie dostępnych w tym momencie skrawków informacji, fragmentów materiałów źródłowych i w oparciu o współczesną wizję lokalną spróbujemy zrekonstruować przebieg działań bojowych w obrębie samej miejscowości. Wygląd pola bitwy, której przebieg spróbujemy tu odtworzyć, ukazuje najbardziej znane (i jedyne, jak dotąd) pierwszowojenne zdjęcie Markuszowa, wykonane w pierwszych dniach sierpnia 1915 r., przedstawiające austro-węgierską kolumnę transportową przy markuszowskim rynku (poniżej). Ciąg spalonych zabudowań przy ul. Lubelskiej oraz widoczny w oddali kościół św. Ducha – cały ten teren, kilka dni przed wykonaniem tego zdjęcia, był obsadzony rosyjskimi żołnierzami, którzy uczynili z zabudowań Markuszowa niewielką twierdzę, która mocno dała się we znaki Niemcom, podczas wstępnej fazy wspomnianych na wstępie zmagań.


Zanim jednak przejdziemy do próby rekonstrukcji tamtych zdarzeń, na początek pozwolę sobie jednak na krótki, wynikający z kronikarskiego obowiązku, wstęp historyczny. Przełamanie rosyjskiego frontu pod Gorlicami w maju 1915 r. zapoczątkowało wielką kontrofensywę Sprzymierzonych, w wyniku której armie carskie rozpoczęły metodyczny odwrót z Królestwa Polskiego i Galicji. Cofające się po obu stronach Wisły jednostki rosyjskie stawiały opór idącym ich śladem wojskom niemieckim i austro-węgierskim na przygotowanych z odpowiednim wyprzedzeniem, umocnionych liniach obrony. Celem takiej taktyki było z jednej strony zapewnienie swoim armiom uporządkowanego odwrotu (w przypadku braku punktów oparcia mógł on przerodzić się w nieskoordynowaną ucieczkę), a z drugiej zapewnienie osłony i czasu celem ewakuacji różnego rodzaju dóbr materialnych oraz ludności z opuszczanych terenów Kongresówki. Jedną z takich linii obrony wytyczono wzdłuż szosy Lublin-Puławy (w tym przez Markuszów) – cofające się z południa Lubelszczyzny oddziały rosyjskie dotarły na nią 30 lipca 1915 r. Na miejscu zastały częściowo wykonaną bądź jedynie wytyczoną, 2-3 rzędową sieć okopów, oddalonych od siebie o ok. kilometr, które trzeba było dokończyć (lub w wielu miejscach wykonać „od zera”), zanim zaczęły przedstawiać one jakąś wartość bojową. Wykonane w ten sposób naprędce fortyfikacje polowe nie były jakimś cudem inżynierii - raz z braku czasu na ich pełne wyposażenie, a dwa z powodu ich przeznaczenia nie do długotrwałej obrony, a raczej do chwilowego opóźnienia postępów przeciwnika. Stworzone przez carskich saperów (przy znaczącym udziale okolicznych mieszkańców) rowy strzeleckie pozbawione były regulaminowych zapór i przeszkód – z wyjątkiem prowizorycznej osłony z drutu kolczastego. Przebieg rosyjskich linii obronnych w okolicach Markuszowa obrazuje poniższa mapka:


Takie rozplanowanie obrony przez Rosjan umiejscowiło zabudowania Markuszowa niejako na pierwszej linii obrony, pozostawiając je pomiędzy wysuniętą linią okopów na wzgórzach pomiędzy Markuszowem i Kurowem na zachodzie, obsadzoną przez pododdziały 9 Syberyjskiego Pułku Grenadierów (dalej – pgren) oraz linią wysuniętych posterunków 12 Astrachańskiego pgren, zajmujących wzniesienia pomiędzy Markuszowem i Zagrodami – na wschodzie. Czy stanowiły one uzupełnienie ww. pozycji obronnych, czy też pozostawiono je samym sobie?

Wyłaniający się ze strzępów materiałów archiwalnych obraz, a także analogia do walk toczonych np. pod Puławami, Końskowolą czy Garbowem, wskazuje zdecydowanie na to pierwsze rozwiązanie. Rosjanie nie zamierzali co prawda prowadzić długotrwałej obrony na linii szosy lubelskiej (rolę tę miały spełnić fortyfikacje polowe, które rozpoczynały się na paśmie wzniesień, biegnących nieco dalej na północ, wzdłuż dzisiejszej ,,ekspresówki” S-17), jednak nie oznaczało to oddania jej bez walki. W zamyśle carskich dowódców, tutaj miano stawić pierwszy opór podchodzącym jednostkom przeciwnika, starając się je maksymalnie osłabić, zanim te przystąpią do ataku na główną linię obrony. Temu właśnie celowi służyć miały wspomniane, prowizoryczne okopy po obu stronach Markuszowa oraz sama miejscowość. Rzut oka na mapkę z roku 1915, z zaznaczoną ówczesną zabudową Markuszowa, siecią dróg oraz ukształtowaniem terenu wskazuje, że była to miejscowość nad wyraz obronna.


Jak widać, skraj zabudowy Markuszowa w roku 1915 wyznaczał od wschodu ciąg dzisiejszej ulicy Krańcowej, od południa – ul. Lubelskiej, a od zachodu - ul. Cmentarnej. Naturalnymi punktami obronnymi, uzupełniającymi w tym względzie opuszczone przez mieszkańców domostwa, były obiekty sakralne, położone na ówczesnych obrzeżach Markuszowa, a zatem: górujący nad jego wschodnim skrajem kościół św. Ducha, znajdujący się w południowo-zachodnim narożniku zabudowy kościół św. Józefa, położony blisko centrum miejscowości, nieczynny, „stary” cmentarz żydowski oraz umiejscowiony na północno-zachodnim skraju miejscowości cmentarz parafialny. Kwestią dyskusyjną pozostaje wykorzystanie w celach obronnych także „nowego” cmentarza żydowskiego, położonego nieco poza południowo-wschodnim krańcem ówczesnej zabudowy – niewykluczone jednak, że również z tego miejsca Rosjanie uczynili odrębny punkt oporu (hołdując wypracowanej taktyce tworzenia odrębnych od siebie punktów oporu, wspierających się wzajemnie ostrzałem z broni ręcznej i maszynowej), o czym mogą świadczyć późniejsze problemy atakujących z tej strony jednostek węgierskiego 18 Pułku Piechoty Honwedu (dalej – pphonw), kierujących się od strony Gór na wzgórza pod Cezarynem.

                                          Kościół św. Ducha z początku XX w.

Nie mamy informacji o poważniejszych uszkodzeniach markuszowskich obiektów sakralnych podczas I wojny światowej, stąd też można założyć, że one same wraz z otaczającymi je przyległościami (mury, zadrzewienia) przedstawiały w 1915 r. duże walory obronne. Co więcej, dachy, dzwonnice (o ile ocalały) czy przykościelny drzewostan stanowiły dla Rosjan wielce dogodne punkty obserwacyjne, co w dużym stopniu chroniło je przed większymi zniszczeniami (choć nie zawsze była to reguła, o czym przekonał się niestety kościół św. Wojciecha w Garbowie). Ostatnim elementem architektonicznym, wykorzystanym bez wątpienia na potrzeby doraźnej obrony Markuszowa, były pozostałości dawnego pałacu Hryniewieckich, na czele z dworską oficyną, znajdujące się na okolonej stawami wysepce na południe od kościoła św. Józefa. Zrujnowane resztki dawnej zabudowy dworskiej (jej rozbiórkę na cegłę rozpoczęto jeszcze przed I wojną światową), położone na wspomnianej wysepce, na którą prowadziły nieliczne, wąskie groble, stanowiły idealny punkt obronny, szachujący – wraz z wymienionymi wcześniej obiektami, jakiekolwiek próby podejścia do miejscowości od strony południowo zachodniej, południowej czy południowo-wschodniej.


Jeśli do powyższego obrazu dodamy jeszcze ukształtowanie terenu, tj. podmokłe łąki okalające Markuszów od południa oraz brak bezpośredniej drogi prowadzącej doń z tej strony (jedyna wówczas istniejąca, wiodła skośnie z Zabłocia do Łan, leżąc w strefie ostrzału najpierw obrońców zabudowań podworskich, a później dodatkowo kościoła parafialnego), to otrzymamy pejzaż niewielkiej, acz dobrze rozplanowanej twierdzy, której zdobycie z marszu wydawało się mało prawdopodobne. Z tego też powodu, dowództwo przybyłych 30 lipca 1915 r. pod Markuszów oddziałów niemieckich i austro-węgierskich (pododdziały 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty oraz 37 Dywizji Piechoty Honwedu), podczas planowania przyszłego ataku ominęło samą miejscowość i wyznaczyło jego punkt ciężkości na wzgórzach pomiędzy Markuszowem i Kurowem (tutaj atakować miały jednostki niemieckich 217 i 218 Rezerwowych Pułków Piechoty – dalej rez. pp) oraz jako kierunek wspomagający - wzgórza na wschód od Markuszowa, gdzie nacierać miały kompanie węgierskiego 18 pphonw. Jaką rolę przewidziano dla samego Markuszowa? Wiele pozostaje w sferze domysłów, jednak na chwilę obecną wydaje się, że początkowo zamierzano pozostawić go na uboczu głównego ataku, jednak późniejszy przebieg walk przekreślił te plany. Przy rekonstrukcji wydarzeń z przełomu lipca i sierpnia 1915 r. musimy korzystać ze szczątkowych zapisów w dziennikach bojowych jednostek, działających w pewnym oddaleniu od Markuszowa, jak również sporo powierzyć domysłom oraz analogii do przebiegu walk w pobliskich miejscowościach. Nie zachował się bowiem dziennik bojowy niemieckiego 218 rez. pp, w którego bezpośrednim pasie działania znalazł się Markuszów – milczą również na ten temat zachowane zapiski rosyjskiego 9 Syberyjskiego pgren, którego pododdziały obsadzały wysuniętą linię okopów pomiędzy Kurowem i Markuszowem (oraz sam Markuszów). Nie ma także (lub są skrzętnie ukrywane) współczesnych relacji o typowych dla pól bitewnych znaleziskach, np. łuskach po nabojach karabinowych czy kulkach z pocisków szrapnelowych, które mogłyby wskazywać na walki toczące się w obrębie samej miejscowości. Jedyną precyzyjną informację zawiera dziennik bojowy niemieckiej 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty, który wspomina o „zajęciu wschodniego skraju Markuszowa” w późnych godzinach wieczornych 31 lipca. Resztę spróbujemy zrekonstruować na podstawie innych źródeł, opisujących działania bojowe toczone w bezpośredniej okolicy Markuszowa.

Co wiemy na pewno? Jak już tu było wspomniane, główny atak Niemcy zamierzali przypuścić na wzgórza na zachód od Markuszowa - dawało to możliwość do szybkiego i głębokiego wniknięcia w rosyjską obronę, bez konieczności wikłania się w walki uliczne w pobliskich miejscowościach. Podejście na pozycje wyjściowe do szturmu Niemcy rozpoczęli od strony Kalenia w godzinach popołudniowych 31 lipca 1915 r., zmagając się początkowo z ostrzałem rosyjskiej artylerii, a po zbliżeniu się do drogi Markuszów-Kurów - również z ostrzałem rosyjskiej piechoty. Docelowy punkt wyjściowy do ataku, tj. rów przy drodze Markuszów-Kurów, osiągnęli ok. godziny 17.00, skąd ok. godziny 21.00 dwa niemieckie pułki (217 i 218 rez. pp) miały ruszyć do ataku na bagnety na biegnące szczytem wzgórza 186 okopy czołowej pozycji obronnej Rosjan. Osią, dzielącą pas działania obydwu pułków, miała być droga do Olempina: 217-ty miał nacierać po jej zachodniej, a 218-ty po wschodniej, „markuszowskiej” stronie (mapka poniżej). Docelowo zamierzano silnym uderzeniem przełamać znajdujące się tutaj carskie fortyfikacje, wychodząc w ten sposób na tyły Rosjan, broniących się na sąsiednich odcinkach obrony.


Tyle plan. Rzeczywistość okazała się być inna, co możemy wnioskować z opisu bitwy w dzienniku 217 rez. pp. Wspomniano tam bowiem o „silnym ogniu flankowym”, który spadł w szczególności na prawoskrzydłowe kompanie tego pułku (tj. kompanie, zajmujące pozycje od strony Markuszowa), jak również o wzmocnieniu tego samego, prawego skrzydła atakujących jednostek, przez rezerwowe kompanie 217 rez. pp. W tym wszystkim „znika” nam gdzieś 218 rez. pp, który wg planu miał nacierać równolegle z sąsiadami z 217-go – i na którym powinien się skupić w teorii ostrzał Rosjan, ukrytych w zabudowaniach Markuszowa. Tymczasem grad ognia, który spadł na żołnierzy mjr. von der Ostena (d-ca 217 rez. pp) oraz konieczność skierowania dodatkowych sił na „markuszowskie”, prawe skrzydło sugeruje, że 218 rez. pp z jakiejś przyczyny pozostał w tyle… Wniosek może być tylko jeden – i do tego zaraz przejdziemy. Odnotujmy tylko dla porządku, że wspierane silnym ogniem artyleryjskim kompanie 217 rez. pp, pomimo silnego początkowo ostrzału ze strony Rosjan, do godziny 23.00 zdobyły nieprzyjacielskie stanowiska (ta informacja przyda nam się niedługo), odpierając na nich wyprowadzony niedługo potem rosyjski kontratak. Zajęte okopy posłużyły w kolejnym dniu jako pozycje wyjściowe do ataku na drugą linię obrony Rosjan pod Olempinem. 

           Szkic sytuacyjny, przedstawiający ugrupowanie 217 rez. pp przed szturmem.

Wróćmy jednak do samego Markuszowa. Co mogło się dziać po południu i późnym wieczorem 31 lipca pośród jego zabudowań i gdzie się podział niemiecki 218 rez. pp, który w teorii miał atakować wzgórze 186 wzdłuż zachodniego skraju miejscowości? Otóż jak już wspomnieliśmy, Markuszów był silnie broniony przez Rosjan, którzy rozmieścili w jego obrębie – przede wszystkim wokół obronnych z natury zabudowań sakralnych – od połowy do, być może, nawet całego batalionu 9 pgren, wspartego oddziałami opołczenia (tj. prawdopodobnie ok. 500 żołnierzy, uwzględniając straty poniesione w toku dotychczasowych działań wojennych). Część tego wojska obsadziła na pewno rejon cmentarza parafialnego, czyniąc z niego silne gniazdo oporu, wyposażone w karabiny maszynowe i flankujące podejście do własnych okopów na wzgórzu 186 oraz do leżących na południe od niego zabudowań Markuszowa. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że z podobną myślą ufortyfikowany i obsadzony załogą został także „nowy” kirkut, szachujący postępy przeciwnika na przeciwległym, południowo-wschodnim skraju Markuszowa. Oprócz stworzenia w ten sposób uciążliwych punktów oporu na flance szturmujących sąsiadujące z Markuszowem pozycje obronne Niemców (na zachodzie) i Węgrów (na wschodzie), Rosjanie zajęli również dogodne punkty obserwacyjne w postaci (najprawdopodobniej) wież kościoła św. Józefa oraz otaczającego go kościelnego drzewostanu. Z nich to obserwatorzy artyleryjscy skutecznie kierowali ogniem własnych dział, ostrzeliwujących podchodzące z okolic Łan i Kalenia ku szosie oddziały niemieckie. 


Tuż przed rozpoczęciem wieczornego szturmu na wzgórze 186, do walki włączyli się rosyjscy strzelcy, ukryci w południowo-zachodniej części zabudowań Markuszowa oraz przede wszystkim na terenie cmentarza parafialnego. Uzbrojeni w karabiny maszynowe obrońcy tego odcinka na tyle skutecznie dali się we znaki zbliżającym się Niemcom, że ci musieli zmodyfikować swoje plany ataku – o czym było już wspominane – i skierować gros 218 rez. pp wprost na ufortyfikowaną miejscowość. 

Obsadzający tę część Markuszowa grenadierzy z 9 Syberyjskiego pgren mogli swobodnie skupić się na prowadzeniu ostrzału w kierunku południowo-zachodnim i zachodnim, gdyż wschodnie podejścia do zabudowań były skutecznie chronione nie tylko przez własnych obrońców „nowego” kirkutu, ale także przez straże przednie 12 Astrachańskiego pgren. Dwa bataliony „astrachańców”, rozmieszczone na wzniesieniu, którym biegnie droga z Markuszowa do Zagród, efektywnie powstrzymywały przez cały wieczór wszelkie próby zbliżenia się z tej strony pododdziałów 18 pphonw. W zaistniałej sytuacji był to swoisty szach-mat, gdyż jak już wspomnieliśmy, warunki terenowe nie pozwalały na rozwinięcie ataku na Markuszów bezpośrednio od strony południowej. Nie mogąc w tym przypadku liczyć na tkwiące pod Przybysławicami sojusznicze oddziały węgierskie, Niemcy byli zmuszeni do samodzielnego rozwiązania powstałego problemu - z oczywistych względów nie mogli sobie bowiem pozwolić na pozostawienie na swojej flance miejscowości obsadzonej wrogą piechotą, która z pewnością wykorzystałaby powstałą (w wyniku zdobycia wzgórza 186 i przesunięcia się 217 rez. pp na północ) w niemieckim ugrupowaniu lukę i mogłaby próbować wedrzeć się na tyły aktualnych zwycięzców.


Jak wyglądał atak 218 rez. pp na Markuszów oraz jakie siły w nim uczestniczyły - możemy tylko sobie wyobrażać. Na 100% wiemy tyle, że o godzinie 23.40 dowództwo 47 Dywizji zameldowało o „zajęciu wschodniego skraju Markuszowa”, co świadczy o tym, że nacierającemu od jego zachodniego krańca batalionowi (a może dwóm?) z 218 rez. pp stosunkowo szybko udało się przebić przez płonące zabudowania i uchwycić rejon kościoła św. Ducha. Niewątpliwie wpływ na to miał ostrzał niemieckiej artylerii jak również zapadające ciemności, które w połączeniu z blaskiem pożarów ograniczały widoczność znajdującym się na obrzeżach Markuszowa Rosjanom, utrudniając im celowanie w dalszej fazie walki. Również mniej skuteczny był tu ogień obrońców cmentarza, którzy przede wszystkim musieli ostrzeliwać niemieckie tyraliery atakujące wzgórze 186, rozpraszając w ten sposób siłę własnego ostrzału. Istotne były także założenia taktyczne Rosjan, którzy zabudowania Markuszowa zamierzali wykorzystać jedynie do opóźnienia głównego niemieckiego natarcia, nie planując tu długotrwałej obrony okrężnej. Mając świadomość przełamania swoich linii obronnych na wzgórzu 186, Rosjanie z pewnością szybko zrezygnowali z dalszej walki w zabudowaniach i rozpoczęli stopniowy odwrót w kierunku północnym, osłaniani do końca przez placówkę na cmentarzu parafialnym - oraz zapewne na „starym” kirkucie. Osłonę odwrotu zapewniło także "klasyczne" podpalenie znajdujących się "pod ręką" zabudowań Markuszowa, które przetrwały ostrzał niemieckiej artylerii. 

Nie posiadamy danych o liczbie poległych, rannych bądź wziętych do niewoli żołnierzach w wyniku opisanych walk o Markuszów, można jedynie przypuszczać, że były one stosunkowo niewielkie po stronie rosyjskiej i znacznie większe po stronie szturmujących zabudowania Niemców. Dostępne są za to dane, dotyczące stopnia zniszczenia ówczesnej zabudowy Markuszowa: ogółem w toku działań wojennych, z 219 budynków w Markuszowie - 175 zostało spalonych. Część z tej liczby to zapewne efekt działań rosyjskich (celowe podpalenia, osłaniające odwrót własnych jednostek na główną linię obrony), reszta to wynik ostrzału niemieckiej artylerii, wspierającej szturm własnych oddziałów.


Rosjan wyparto z Markuszowa, jednak w dniach 1-3 sierpnia 1915 r. pozostawał on nadal w strefie działań wojennych. Było to związane z niewspółmiernymi do niemieckich (którzy w tym czasie byli już za Olempinem) postępami węgierskiej 37 Dywizji Honwedu, której 18 pphonw nie potrafił poradzić sobie z broniącymi się na południe od Woli Przybysławskiej oddziałami rosyjskiego 12 Astrachańskiego pgren. Jak wiemy, skutku nie przyniosły ataki z nocy z 31 lipca na 1 sierpnia, które zostały powstrzymane przez wysunięte pozycje Rosjan na linii drogi Markuszów-Zagrody, podobnie niewielki skutek odniósł poranny atak z 1 sierpnia, do którego skierowano dodatkowo batalion 18 pphonw., który okrążył Markuszów od południa i maszerując przez Kaleń, po osiągnięciu centrum Markuszowa wsparł natarcie głównych sil pułku, flankującym atakiem od strony kościoła św. Ducha. Zaatakowani z dwóch stron Rosjanie nie zamierzali bohatersko ginąć na linii szosy i przystąpili do odwrotu, jednak wycofali się stosunkowo niedaleko – na wzgórze, na którym znajdują się dzisiaj zabudowania, sąsiadujące z węzłem „Nałęczów” drogi ekspresowej S-17. Na nowych pozycjach zdołali powstrzymać ścigających ich honwedów i zmusić ich do odwrotu w stronę Markuszowa i szosy lubelskiej.

 

Kwestia opisanych wyżej walk jest zgoła odmiennie przedstawiana w źródłach rosyjskich i węgierskich: Rosjanie przypisują sobie jedynie aktywną obronę na kolejnych wzniesieniach na południe od Woli Przybysławskiej (wg opisu z dziennika bojowego 12 pgren: „1.08 – przeciwnik ostrzeliwując się zaatakował z linii Markuszów-wzgórze 92–Zagrody, został odparty ogniem tylnych straży; 2.08 - (…) powstrzymano także ogniem straży tylnych natarcie przeciwnika od strony Markuszowa", natomiast Węgrzy wspominają wprost o nieprzyjacielskim kontrataku na Markuszów, zaznaczając go nawet na mapie.


Skąd taka rozbieżność? Niemożność przełamania rosyjskiego oporu, kontrastująca z sukcesami niemieckich pułków na zachód od Markuszowa (Niemcy wprost meldowali o niezadowalających postępach sąsiadów, przez co musieli „wydzielać dodatkowe jednostki do osłony od wschodu”), nie stanowiły powodu do chluby dla walecznych bądź co bądź honwedów z 18 pphonw. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że do faktycznego, zaciętego oporu Rosjan dodano mniej lub bardziej fikcyjny „kontratak”, który trzeba było „powstrzymać” – przez co nie udało się uzyskać zdobyczy terenowych, których domagali się niemieccy sojusznicy. Tak więc wygięta linia frontu przez kilka dni znajdowała się w pobliżu wschodnich obrzeży Markuszowa – Rosjanie ustąpili ze swoich stanowisk dopiero nocą z 3 na 4 sierpnia, wycofując się całym frontem na nową linię obrony pod Abramowem, umożliwiając tym samym Węgrom posunięcie się naprzód. Czy opisane wyżej walki dotknęły także zabudowań północno-wschodniej oraz wschodniej części Markuszowa? Niewątpliwie ruiny spalonych domostw zapewniły kryjówkę dla węgierskich żołnierzy, ostrzeliwujących rosyjskie pozycje na wzgórzach pod Cezarynem, zaś kościół św. Ducha i drzewostan wokół niego zapewniły dogodne stanowiska dla węgierskich obserwatorów artyleryjskich. Być może obok kościoła umiejscowiło się też kierujące atakiem z 1 sierpnia dowództwo węgierskiego batalionu - z dużą dozą pewności można za to założyć, że umiejscowiono tu niemiecki lub węgierski punkt opatrunkowy. Raz, że znajdował się on blisko pola walki, dwa że budynek kościoła zapewniał rannym ukrycie, a trzy że przez krótki czas po przejściu frontu, na terenie dawnego przykościelnego cmentarza znajdowały się dwie mogiły węgierskich żołnierzy, zmarłych 2 sierpnia – poległymi tego dnia lub zmarłymi z powodu odniesionych dzień lub dwa dni wcześniej ran.

Pozostało nam jeszcze jedno pytanie: co w tych dniach działo się z mieszkańcami Markuszowa? Niestety, Autor dotarł do zaledwie jednej relacji na ten temat – i to nie z samego Markuszowa lecz z jego okolic, zatem próby udzielenia odpowiedzi na to pytanie dokonamy głównie na podstawie losów mieszkańców innych przyfrontowych miejscowości, częściowo uzupełniając ją domysłami, powziętymi na podstawie lokalnego ukształtowania terenu. Na pewno przed rozpoczęciem walk Rosjanie podjęli próbę przymusowej ewakuacji miejscowej ludności, wraz z większością dobytku. Kto się godził, był pędzony za linię frontu, w kierunku północno-wschodnim, kto stawił opór i wykręcił się jakoś od przymusowych rekwizycji, był pozostawiany samemu sobie (nadzorujący wysiedlenia Kozacy nie byli jakimiś superbohaterami i równie często co na północ, zerkali również na południe, skąd w każdej chwili mogły pojawić się wrogie patrole). Gdzie mogli próbować ukryć się markuszowianie, którzy nie podporządkowali się lub wymknęli się przymusowej ewakuacji? Zachowana relacja wspomina o ukryciu się jednej z rodzin w wykopanym obok domu rowie (być może istniejącym już wcześniej), który został nakryty z zewnątrz znalezionymi w pobliżu materiałami budowlanymi. Zapewne podobnych ukryć było więcej, jednak zdecydowana większość uciekinierów skryła się zapewne w lasach na północ od Markuszowa (pytanie czy był to rejon Bobowisk, tuż za rosyjską II linią obrony, czy też nieco dalej, w lesistych okolicach Wólki Kątnej), gdzie czekano z dobytkiem na przejście linii frontu. Oczywiście nadal nie gwarantowało to uniknięcia rekwizycji (Sprzymierzeni w równym stopniu co Rosjanie, doceniali znaczenie koni pociągowych oraz bydła rzeźnego), jednak niewątpliwą korzyścią było przetrwanie zawieruchy w swoich rodzinnych stronach i możliwość rychłego przystąpienia do odbudowy własnych domostw, zamiast niepewnego losu wygnańca.

Mam nadzieję, że powyższe opracowanie choć trochę uzupełniło lukę w XX-wiecznej historii Markuszowa, jaką do tej pory były losy tej miejscowości podczas działań I wojny światowej.  

Bibliografia:

  1. Grudzień Paweł, I wojna światowa w powiecie puławskim w latach 1914-15; opracowanie na: www.lubelskie1914-15.blogspot.com, 2020;
  2. Grudzień Paweł, Działania rosyjskiego 9 Syberyjskiego Pułku Grenadierów w bitwie pod Kurowem-Markuszowem w dn. 30.07-2.08.1915 r.; artykuł na: www.lubelskie1914-15.blogspot.com, 2021; 
  3. Grudzień Paweł, Kartka z kalendarza. Lato 1915 r.: kościół św. Ducha w Markuszowie na linii frontu I wojny światowej; artykuł na: www.lubelskie1914-15.blogspot.com, 2024; 
  4. Grudzień Paweł, Działania bojowe na wschód od Markuszowa w dniach 31.07-3.08.1915 r.; artykuł na: www.lubelskie1914-15.blogspot.com, 2022;  
  5. Grudzień Paweł, Z zakamarków Bundesarchiv: fragmenty dzienników bojowych 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty oraz 219 Rezerwowego Pułku Piechoty (31.07-8.08.1915 r.); artykuł na: www.lubelskie1914-15.blogspot.com, 2023.
  6. Ustalenia własne Autora.